niedziela, 4 czerwca 2017

22. nowy rozdział

Kraków hejnał gra tak wita mnie…”



 


16 października 2016 roku. Właśnie kończę swój drugi tekst na naszych fancy konwersacjach. Kolejny raz poruszony wdziękiem Krakowa, małych pięknych uliczek, gwaru zabieganych ludzi, tłumów turystów kipiącego rynku i błysku nieustających fleszy… Tak, jeszcze ponad pół roku temu wracałem właśnie do Krakowa jako do mojego własnego wymarzonego katharsis. By móc odnaleźć samego siebie i spojrzeć w głębię wolności i możliwości. Pakowałem się skrzętnie w pociąg i sunąłem po torach w nieznane. Ponad pół roku temu. Dawno? Mam wrażenie, że było to niemalże wczoraj...


Dziś bliźniaczo, jak w październiku chłonę zachwyt krakowskiego wydźwięku, lecz już zupełnie z innej perspektywy. Chyba można pokusić się o stwierdzenie, że uciekłem tu na dłuższą chwilę. Niezwykły nowy rozdział w przygodzie życia… i ta wolność, o której ostatnio pisaliśmy. To jest właśnie ona. Swobodne, a zarazem kontrolowane chwilowe zagubienie się w ciasnej uliczce w towarzystwie ornamentów. Mijając ciemną nocą w świetle ciepłych latarni kontrabasistę przed monumentalnym kościołem św. Piotra i Pawła. I ten tłum gapiów zachłyśniętych wzruszeniem. Odwracam wzrok w przeciwną stronę, gdzie rozchwiany i rozgrzany tłum wykrzykuje z impetem maksymy…
Ciepła czerwcowa noc, nienagrzane wysokie kamienice i niekończące się refleksje. Czy to jeszcze fikcja? Czy już spełnione marzenie? Długi spacer i spokój... wszechogarniający spokój. Paradoksalne i nieoczywiste, a jednak w tłumie ludzi, krzyków i różnorodności wydarzeń można być spokojnym. Można poczuć się sobą, nikt nie zwróci na Ciebie uwagi. Może przez ułamek widzenia, tylko tyle albo aż tyle. Anonimowość goni nieznane, styka się z ciekawością i brakiem jakiegokolwiek zainteresowania. Kontrast między dotychczasowym życiem i przepełnioną satysfakcją wręcz dziecinną ciekawością, co będzie za moment… co znajduje się za rogiem.


Kilka miesięcy. Niezliczona ilość rozmów i moje nieustanne ochocze podróżowanie. Szybkie pisanie w przedziałach i ciepłych dworcach. Ciągły pęd i wir nieoczywistych zdarzeń, by móc napisać do Pani dziś z miejsca nowego, a jednocześnie tak dopasowanego do mnie. Refleksja goni refleksje… Zaczynając od pierwszej publikacji czas skrzyżował w międzyczasie publikacje mojego pierwszego tomiku… a dziś spoglądając z okna na panoramę Starego Miasta czuję niedowierzanie, a jednocześnie szczęście spowodowane pierwszą publikacją w warszawskiej gazecie Kultura Do Góry Nogami. Czuję, że stykam się przyjaźnie z bardzo dobrym czasem. Czasem, którego trudno nazywać… jest po prostu niesamowicie piękny.

Ślę najcudowniejsze pozdrowienia ze stolicy małopolski, gdzie wybrzmiewa hejnał i całodobowy motłoch w akompaniamencie ulicznej najpiękniejszej sztuki!


PS. Zdjęcia z jednego z wielu spacerów… i mój jeden z wielu ulubionych budynków- Teatr im. Juliusza Słowackiego.




M.



Czytam jak listy z podróży...trochę w stylu retro, list....Dziękuję Ci za pozdrowienia, napisałeś tak cudnie, że przypomniały mi się te krakowskie uliczki...Oj tak...włóczyć się bez celu i bez końca, jaki to piękny atrybut młodości...




No Mat, pierwsze wynajęte mieszkanie:) Wybrane, wymarzone i do utrzymania... Już za chwilkę pochłonie Cię ta masa, uwiedzie wolnością i lampką wina na Kazimierzu. Przygotuj się na kapiącą z kranu wodę i ukryte opcje "dopłaty". Co wybrać? Żarówkę do lampki, koncert czy płyn do mycia naczyń:) Dylematy życia- choć wpisane w fajną atmosferę miejsca z duszą. U mnie płyn do naczyń zawsze przegrywał z wejściówką do teatru, miejsce siedzące...na schodach:) To były czasy...
Mam nadzieje, że i Twoje pokolenie potrafi jeszcze przedłożyć niedogodności nad wszystkie inne zalety bycia kompletnie ponad wszystko. Jakże się dziwię zawsze, gdy na wycieczkach, obozach wszyscy w pierwszej kolejności wpadają do pokojów, sprawdzają wi-fi, wielkość łazienki i od razu zaczynają narzekać....nawet na widok za oknem. Z kim są w pokoju to już mało istotne....I tak sobie myślę, w pokoju spędzą tylko noc, a jakie to najważniejsze, choć za oknem jakieś piękne miasteczko albo cudne widoki...No dobrze, nie będę tutaj pisać o swoich rozczarowaniach pokoleniem, dobrze mnie znasz i wiesz, że zawsze staram się jakoś zrozumieć, a jak nie rozumiem to bynajmniej nie frustruję się dodatkowo niepotrzebnym gadaniem.
O Ciebie jestem spokojna.Wiem, że masz naturę estety i będzie Cię ciągnęło do pięknych miejsc, nie dasz też umknąć ludziom, którzy w tłumie zaskoczyć potrafią innością....
Przysyłaj zdjęcia chwil, pisz, gdy Cię gdziekolwiek i jakkolwiek dopadnie chęć na utrwalenie w słowach, nie daj się czasowi....



Życie jest piękne, prawda Mat?



Bessos
bo mi w głowie Hiszpania już trochę i wakacji chce się tak bardzo....

E.

















czwartek, 25 maja 2017

21. majowa wolność



Na widnokręgu w kroplach zimnej rosy mieni się lustrzanie przebudzone słońce. Zielone jak drzewa żaby kumkają do siebie w takt spokojnej melodii... Szary kot z lekkością panoszy się na płocie. Pachnie purpurą bzu i niewinnością minimalistycznych konwalii. Pachnie majem. Poranek przedwczesny wita mnie wilgotnym dotknięciem na skroni... Żarzy się na nieboskłonie pierwszy promień, pozdrawiając się wdzięcznie z księżycem tej widnej nocy... Ten zapach kwiatów, powolnych fal wiatru, ta aura nietomna i zaspała i miauczący kot i ćwierkające nieustannie ptaki to jest wydźwięk wolności. To jest maj i nieskończenie rozlane morze, na które wystarczy wpłynąć... Oglądam ten niebywały spektakl, wzdycham całą głębią płuc i widzę, że wszyscy już zaraz... pójdą przed siebie... prędko i prędzej... a ja zasnę w spokoju po ciepłej od towarzystwa rozmów nocy z myślą, że to tylko i aż majowa wolność…

Zaczynam bardzo nie tak jakbym chciał zacząć, właściwie to nie sposób wybrać najlepszego rozpoczęcia, ale czy forma przedstawionego maja, wiosny i poranku nie może w swej infantylności i niezwyczajności poruszyć i otworzyć szerzej oczy? Przenieść w inny wymiar, przycumować na konwersacje... raz, dwa, trzy- zaczynam Dzień dobry- tęskniłem! Zacząłem od wolności, zapewne jest Pani całkowicie przekonana jak to uczucie potrafi zaowocować wspaniałym nastrojem, spokojem, a jednocześnie wielką spontanicznością. Euforia i wybuch wszystkich dostępnych w organizmie endorfin. To ten czas: ukończona szkoła, matury... zeszło ciśnienie wszelakie i wraz z zejściem pojawia się przestrzeń niczym łąka, przestrzeń jak biała olbrzymia kartka i jeden długopis, by przysiąść, rozejrzeć się w myślach, skupić nieco i odpowiedzieć sobie- co ja właściwie chcę zrobić z tą wolnością?

W tym momencie nie potrafię użyć słów, a nawet wyobraźnia na tej przestrzeni zdaje się ustępować. Zostało mi bardzo mocno zakorzenione uczucie... Czuje, że moment zwieńczenia, w którym się znajduje, jest sytuacją, którą dużo młodych osób chce mieć już teraz na dłoni, przeskoczyć poszczególne piętra, żeby dostać się na dach i oglądać poranne spektakle zwane życiem. Nie można oszukiwać samego siebie, każde "piętro" jest bardzo ważne, każdy etap, krok, gest jest konieczny a później z każdego z tych drobiazgów złożyć siebie, by teraz czuć z brawurową pewnością- czas na mnie.

Czas upragnionej wolności jest oczywiście przeze mnie obrzydliwie przerysowany...wyimaginowany do granic absurdu, bo przecież jakaż to wolność, gdy nadejdzie czas opłat, papierologii, obowiązków wszelakich i jeszcze większej ilości papierologii. Dorosłość tak potocznie nazywana. Oczywiście może jawić się w najgorszych scenariuszach, ale dlaczego i po co? To uwiązanie, jakim są te wszystkie „dorosłe” sprawki to też wolność. Nasze decyzje, czyny i sytuacja- nieprawdopodobne, bo wszystkie z nich zupełnie inne. Wolność w formie i doborze.




Świat wariuje- krzycząc o wolności, to słowo wzbudza tyle emocji i skrajnych opinii, wysuwanych wniosków, traktatów, podpisów, zakazów, kłótni... nadmuchanej do cna kuli, która tocząc się... miażdżąc wszystkich nas, którzy po prostu... chcą być wolni. A gdy już tę wolność uzyskamy, wyszarpiemy, najczęściej okazuje się, że wolność nas przytłacza. Dlaczego? Bo już wszystko jest zależne od nas i nikomu nie zamieciemy pod wycieraczkę swoich problemów z przekonaniem, że ten ktoś przecież posprząta za nas. Nawet wolności trzeba czuć z ostrożnością i umiejętnie operować nią w każdym następnym dniu... chyba że na pewnym etapie zatęsknieni oddamy swój głos na (właściwie nie na- a komu), komu oddamy swój własny głos... Nieudolność życia w wolności niesie ze sobą bardzo przykre i niesmaczne "odbicie", które pozostawia niesmak na bardzo długo- nie tylko w nas.

A przecież wolność to dzisiejszy dzień, poranny benefis o świcie i anturaż niekończących się planów, marzeń i wszystkich realizacji po drodze. To przecież może (a nawet śmiem twierdzić, że musi!) być takie piękne... Tak imponujące i zachęcające, jak widnokrąg, który obecnie praży się w pomarańczowej rozlanej plamie i żaby rozstawiają się ponownie na łąkach i zaczynają... i noc następna się rozpoczyna i czuć wolność... czuć młodość i dorodny maj.



M. 




Ty w pociągu /WOLNOŚĆ/, ja zasiadam po dniu trudnych spraw na tarasie i odpisuję...Metaforyczna jest ta Twoja chwila teraz, z różnymi planami na swoje życie w starym wagonie możesz na północ i na południe, na wschód albo zachód. Możesz? Magiczne słowo. To, które chyba najbardziej nas w tej dorosłej wolności ogranicza. Och, Mat jak wielu rzeczy jednak nie można! Napisałeś o papierologii, która za chwilę wkradnie się w Twoje wybory i decyzje, a ja dodam jeszcze: czasem będziesz się czuł jakbyś pozornie miał wszystko, a nie mógł nic więcej... Na swojej drodze każdy z nas niestety spotka prędzej czy później Strażnika z "Procesu" Kafki, który- gdy już dokonamy innych wyborów, zamiennych, chwilowych- powie nam ze smutkiem: ta brama była dla Ciebie, tylko Ty mogłeś to zrobić, ale nie zrobiłeś... Wytłumaczę Ci to tak, wyobraź sobie, że teraz ktoś wejdzie do Twojego przydziału i opowie Ci jakaś piękną historię, a Ty w nią uwierzysz i pomyślisz, dlaczego nie? Wysiądziesz z tym człowiekiem, zapomnisz o celu Twej podróży, wytłumaczysz sobie, było za daleko, za długo, nadarzyła mi się okazja, świetna okazja, trudno, zmienię plan, dopasuję marzenie....jestem wolny.... i zawsze już ten cel, do którego nie dotarłeś będzie Ci się śnił, będzie niespełniony, a to tak boli. To własnie pułapka naszego "mogę". 

Po zakończeniu Waszej nauki wciąż jeszcze spotykaliśmy się na korytarzach, niektórzy z Was zaglądali i zaglądają do gabinetu, niby pogadać, a jednak są pytania, wątpliwości. Dostrzegam, że z jednej strony ptaki własnie rozkładają skrzydła do lotu, ale by być prawdziwie wolnymi odważy się niewielu. Na drodze stają jednak oczekiwania rodziny, ich słuszne i mniej słuszne podpowiedzi, dywagacje i racjonalne podstawy /czy zdołam się utrzymać sam, czy warto studiować dziennie, a może dać sobie rok na przemyślenie, popracować, pomyśleć i za rok dopiero podjąć ostateczną decyzję co dalej... Daleka jestem od mentorskiego tonu, by jednoznacznie powiedzieć co powinniście zrobić, które miasto wybrać...a wiesz dlaczego? Bo czasem można się tak pięknie pomylić... to też jest wolność...gdy kilka lat temu ktoś pukał się w głowę i mówił: nauczycielka?- zarzekałam się- tak tylko na chwilę, rok- góra dwa...Pomyliłam się. Zostałam dłużej. Gdy na początku znajomi, którzy poszli inną drogą /miałam nią iść i ja/- opowiadali z radością o tym , jak świetne rzeczy robią zawodowo, rozwijają w korporacjach, biznesach, kupują nowe samochody- nie mogłam czasem długo zasnąć w nocy...Byłam wolna...mogłam jeszcze próbować ich złapać... ale przecież moja klasa jeszcze 2 lata do matury, robię awans, mam kilka fajnych projektów zaplanowanych...jak to zostawić? NIE MOGŁAM. 

Minęło kilkanaście lat...znajomi często mi mówią teraz: masz fajną pracę, gwarantuje Ci kontakt z młodością, żyjesz, to ma jakiś sens, my się trochę pogubiliśmy... kasa to nie wszystko... Nie wiem Mat czy zrobiłam dobrze czy źle. Natomiast umiem dostrzec piękno tych wyborów...tak jak teraz...piszę do 20-letniego człowieka, który wkracza w najcudowniejszy czas swojego życia i na mnie spływa trochę jego flow i niepokój i wszystko to, co nazwałeś "porannym benefisem"...

Mat, poddaj się tej papierologii, wypełniaj rubryki, wnoś opłaty, przytakuj upartym, czasem nawet udawaj naiwnego... wszystko po to, by Twoja wolność znalazła spełnienie na tym kierunku, który chcesz studiować, w tym zawodzie, który będzie Cię pociągał, wreszcie oddaj swój głos temu człowiekowi, który owszem, będzie mówił: jesteś wolny, ale Ty będziesz wiedział, że NIE MOŻESZ bez niego i inaczej... 

Póki będą Cię cieszyły takie poranki jak ten, który mi opisałeś i będziesz to wszystko widział, umiał nimi zachwycać się- jest ok, naprawdę jest ok...



E.




















środa, 10 maja 2017

20. pytania przy winie i książkach

Dzisiejszy post nieco z innej perspektywy. Skrzętnie spisane wypowiedzi dojrzewały przez kilka miesięcy, topniejąc powoli od śniegu i mrozu aż nastała wiosna, która przyniosła ze sobą... resztki mrozu i wilgotnej aury... Przeprowadzony wywiad zwieńczył koniec zimy, rozgrzewaliśmy się pytaniami i smakowaniem grzanego czerwonego wina. 
W anturażu starych książek, siwego dymu i zaszronionych okien... Spotkanie miało posłużyć raczej mojej znajomej- Michalinie, zaliczenie na studiach...Skorzystałem i ja... Kilka pytań i kilka bardziej złożonych odpowiedzi. O czym? o kim? O mnie i o ... 


Michalina Chmielarczyk- „Nadwrażliwość to mój wróg, przerost duszy nad rozumem”- tak śpiewała Nosowska, której obydwoje jesteśmy fanami. Ty zdajesz się być osobą, która też naznaczona jest balastem nadwrażliwości…
Mat Mosiala- To prawda, ja postrzegam to w ten sposób, że w moim krwiobiegu jest wpisana pewna nadinterpretacja świata, ludzi, zdarzeń z domieszką nieco melancholii.



I jak odkrywałeś w sobie tę cechę dostrzegania tego, co dla innych na co dzień jest niedostrzegalne?

- W odkrywaniu tego nie było kluczowego momentu, to narastało stopniowo. Na pewno wpływ na to miało czytanie książek, zaznajamianie się z poezją czy też odkrywanie i poznawanie nowych ludzi, których z początku bardzo się bałem. I dopiero później, gdy już uświadomiłem sobie, że mam w sobie coś takiego, wiedziałem, że muszę to w pewien sposób zaakceptować. I to był pierwszy taki krok, żeby stwierdzić, że jednak to jest taka cecha, którą chciałbym w pewien sposób wystawić na piedestał, żebym mógł z tego czerpać i tak właśnie dziś się dzieje.

- Czyli jednak przyjaciel, nie wróg

- Myślę, że można tak powiedzieć. Daje mi to możliwość wyrażania swojej osoby w słowach, w rozmowach z innymi ludźmi, które bardzo lubię.

- „Nadinterpretacja rzeczywistości” - jak to nazywasz- wydaje się być dobrym fundamentem do pisania. Umiejętność zauważania czegoś więcej jest chyba dobrym pierwiastkiem dla osoby, która tą rzeczywistość chce opisywać.



- Zdecydowanie! Od samych początków pisania traktowałem to jako upust dla wszelakich moich emocji, których nigdy nie uwalniałem z siebie poprzez kłótnie czy trudne rozmowy. Wolałem się zaszyć i spisać skrupulatnie to, co czułem. I czasami były to bardzo negatywne emocje, a czasami zwyczajne, codzienne „problemy”, nawet bardzo infantylne. I to stało się moim sposobem na wyrażenie tego, co mnie dotyka. Pisanie mnie uwalnia.

- Teraz piszesz i blog, i niedawno ukazała się Twoja publikacja. Czy zawsze swoją twórczość kierowałeś do jakiegoś grona odbiorców, czy początkowo była to twórczość „do szuflady”, jakaś forma autoterapii?

-  Początkowo nie chwaliłem się swoją twórczością. Było jedynie niewielkie grono, które wiedziało, że coś piszę. Dopiero z czasem zdecydowałem skierować to do ludzi, ale zupełnie nie licząc na poklask czy tłumy czytelników, zależało mi tylko na tym, żeby pozyskiwać osoby, które myślą i czują tak samo, jak ja. I to chyba największy zaszczyt, który może spotkać kogoś, kto zdecyduje się podzielić swoją twórczością.

- Jednym z owoców Twojego pisania jest blog Fancy Konwersacje. Blog ten prowadzisz w formie dialogu z Panią dyrektor Twojej szkoły. Skąd pomysł na taką formę i skąd pomysł na tak odważny dobór partnera do rozmów?


- Ten pomysł narodził się na Malcie, gdzie byłem na praktykach. Tam spędziłem obfity tydzień z panią dyrektor. Początkowo traktowałem ją przez pryzmat autorytetu, nie wiedziałem jaką osobą może być na gruncie bardziej prywatnym. I ten czas pozwolił nam na wymianę przeróżnych naszych inspiracji. Mogłem opowiedzieć jej o mojej tęsknocie za czasami, kiedy ludzie żyli wolniej, czekali na kontakt z drugim człowiekiem. I zachłyśnięci różnymi tematami uznaliśmy, że wspólnie możemy się od siebie czegoś nauczyć, wymienić poglądy, niezależnie od tego, że dzieli nas zarówno różnica wieku, jak i życiowego doświadczenia. Tak właśnie powstała idea wymiany spostrzeżeń, która przyświeca nam przy tworzeniu Fancy Konwersacji.

- Czy fakt, że prowadzisz blog z pedagogiem, ogranicza w jakiś sposób tematy, które można 

poruszyć?

- Niektórym mogłoby się wydawać i takie uwagi też pojawiają się wśród czytelników. Że to przecież pani Dyrektor, ale okazuje się, że nie ma tematów, na które nie można się zdecydować, jeśli tylko ta druga osoba jest do rozmowy chętna. Co więcej, pani Elżbieta jest osobą bardzo otwartą. Nie ogranicza pracy nauczyciela do nauczania, tylko chce poznawać osoby, które spotyka, które uczy. (Wiem, że niestety nie ma możliwości, aby ten kontakt z innymi uczniami był tak dobry, jak ze mną, ale wydaje mi się, że nasz blog skraca ten dystans również w oczach innych uczniów. I to też jest jeden z celów naszego bloga- pokazanie szkoły, która jest otwarta i która wbrew pozorom może być miejscem, gdzie znajdziesz pomoc, tym samym pokazanie młodym zagubionym ludziom, że ci starsi mogą nam wiele dodać do codzienności.

- Wspomniałeś już o tym, że nie ma tematów, na które nie warto rozmawiać. Ale skąd brać pomysły na tematy, które będą interesujące, które zachęcą czytelnika do lektury?

Powróciłbym tutaj właśnie do kwestii tej mojej nadinterpretacji. Często zdarza się tak, że to jest jedna chwila. Podróż pociągiem, ładny widok. To mogą być ludzie, ich historie, to może być kawa wypita w nietypowej kawiarni. I takie proste sytuacje dają mi właśnie bodziec do pisania. Jeśli natomiast chodzi o tematy na Fancy Konwersacje to najważniejsze jest dla mnie postawienie pytań, na które bardzo chciałbym poznać odpowiedź, jednocześnie nie wymagam pełnej odpowiedzi od kogokolwiek, można to porównać do grzebania w czymś, co już przeświadczone, jest ciekawość, ale jednocześnie jest świadomość, że odpowiedź będzie bardzo nieoczywista. Pragnę zawsze poznać zdanie pani Elżbiety na dany temat… Najgorszy był pierwszy post, bo jednak zgodnie z tytułem bloga zależało nam, żeby to było fancy. Najlepiej jednak zacząć od podstaw, czyli po prostu od rozmowy. Kolejne tematy przychodzą same, weryfikuje je codzienność.

- Czy ważny w prowadzeniu bloga jest odzew czytelników, świadomość, że po drugiej stronie ekranu też ktoś jest? Że czyta, czuje, myśli o tym. Jak zwabić czytelników i zachęcić ich do tego, żeby na chwilę się zatrzymali?

-Odbiór innych jest bardzo ważny. Z jednej strony cieszy, daje satysfakcje, ale z drugiej motywuje. Sprawia, że mamy w świadomości to, że jeśli jeden z postów cieszył się dużą popularnością, kolejny nie może być gorszy. Nie może obniżać poprzeczki. Ale nie można skupić się tylko na czytelnikach, bo to prowadzi do wypalenia, do przykrego poczucia obowiązku pisania, a nie o to w tym chodzi. Myślę, że jeśli ktoś naprawdę chce pisać, to nie powinien skupiać się na frekwencji czytelników. Przed Fancy prowadziłem osobisty blog, który nie cieszył się popularnością, ale zdarzyła się jedna osoba, która zechciała się zatrzymać i dać znać, że też tak postrzega pewną sytuację. I to jest miłe, i to czasami wystarczy.

-Blog to nie tylko teksty. To także oprawa, odpowiedni design, który dziś wydaje się bardzo ważny. Jak wygląda prowadzenie bloga od strony technicznej?
- Skupienie się na takich detalach również jest bardzo istotne. Same teksty rodzą się dość długo, a później muszą jeszcze być poddane odpowiednim poprawkom, nieco dojrzeć. Do tekstu dobieram zawsze fotografie, należy dobrać odpowiedni czcionki, mieć pomysł na format. To również jest bardzo istotne, gdyż efekt wizualny nie pozostaje bez znaczenia. Ostatnim elementem tego procesu jest właśnie głos czytelników. To ich wypowiedzi, komentarze, spostrzeżenia zamykają to wszystko w całość i nadają ostatecznej formy.

-Czy uważasz, że istnieje jakaś recepta na udany blog?
- To zależy. Myślę, że przede wszystkim trzeba się zastanowić czy chcemy pisać blog dla samego pisania, czy ma to być sposób na wypromowanie siebie, zdobycie swego rodzaju poklasku czy sławy. Najważniejsza jest autentyczność. I wtedy nie ma znaczenia temat, jeśli robisz to w zgodzie ze sobą i pozostajesz autentyczny. Ale bardzo ważne są inspiracje. Trzeba ich szukać, np. w innych blogach, ludziach czy twórczościach, czasem tych archaicznych. Wtedy można odnaleźć bardzo owocne pomysły, które mogą pomóc nam się rozwinąć, jeśli będziemy próbowali znaleźć swój styl. O jednoznaczną receptę na udanego bloga raczej trudno, bo gdyby była, to już dawno ktoś by ją opatentował… Ale znam dużo udanych blogów i tam chyba tym czynnikiem jest brak udawania i niesprzedawanie swojej prywatności, a umiejętność pokazania siebie nawet w najmniejszym tekście czy zdjęciu, bazując na tym, co pragniemy pokazać.


- Hmm, autentyczność… A co z reklamą?

- Na pewno, nie bez powodu mówią, że reklama jest dźwignią handlu. Ja jestem zdania, że w tym wypadku najlepszą reklamą jest tzw. poczta pantoflowa. Ktoś przeczyta, poleci znajomym, a ci znajomi jeszcze innym znajomym.

- Wspominałeś też o inspiracjach. Wiemy już, że można ich szukać na innych blogach. Czy gdzieś jeszcze?

- Jakiś rok temu zdecydowałem się nieco odpuścić systematyczne śledzenie blogów na rzecz książek. Sam proces czytania książek, przewracanie kolejnych stron, ich zapach. To na pewno głębsze i bardziej inspirujące niż przeglądanie strony internetowej. Mnie bardzo inspirują także przeróżne podróże. Jest to takie małe porzucenie swojego stałego gruntu. Udajemy się w nieznane, nie wiemy dokąd pójść i skupiamy się na pojedynczych przeżyciach- odnajdujemy jakiś ładny widok, spotykamy innych ludzi, obserwujemy nową kulturę. Styczność z nieznanym jest dla mnie niesamowitą inspiracją.

- Na blogu możemy poczytać teksty pisane prozą, ale są jeszcze wiersze, ale to przecież jest totalny oldschool! Dzisiaj, gdy chcemy odreagować, to idziemy na siłownie, pobiegać, pokrzyczeć na koncercie, a Ty piszesz wiersze…


-To na pewno też jest dla mnie jakiś sposób na odreagowanie. I jest to bardzo intymna chwila. Jestem sam na sam z białą kartką. Moja poezja też jest raczej smutna, melancholijna. To po prostu upust dla emocji, które w pewnym momencie mnie przerastają. I mógłbym to przekuć w kolejny tekst na bloga, ale to jednak nie daje mi kompletnego wyzwolenia. Pisanie wierszy jest zupełnie czymś innym. Ja raczej nigdy nie byłem chłopakiem, który idzie pokopać w piłę. Nie lubię też różnorakiej przemocy i nie chciałbym dawać upustu emocjom poprzez fizyczność. Ja nawet kłócić się nie umiem, więc mój krzyk to moje wiersze.

- Czyli poezja nie musi być naznaczone znakiem przeżytku?


- Często się pojawia taki pogląd, ale w ostatnim czasie sam zauważam, że sporo osób po nią sięga i często to są osoby, które nas codziennie otaczają, ale nie mamy o tym pojęcia, bo ich wiersze skazane są na szufladę. Bardzo fajnym uczuciem jest dostrzeganie, że wokół jest więcej ludzi obdarzonych taką wrażliwością.

-  Twoja poezja jest raczej melancholijna. Czy w Twoich wierszach Ty sam jesteś bohaterem, czy przewidujesz w nich miejsce na odnalezienie się czytelnika?


-Większość wierszy, które napisałem, są bardzo silnie naznaczone moją osobą. To opis sytuacji, które przeżyłem, które poczułem, dotknąłem. Ale jest też część wierszy, gdzie nie ma nakreślonego podmiotu lirycznego. Mogę nim być ja, Ty, ktokolwiek, kto odnalazłby się w takim postrzeganiu świata. Choć nawet te utwory, które powstały z mojej perspektywy nie zamykają czytelnikom możliwości interpretacji ich pod kątem własnej osoby. Poezja nie ma ograniczać, więc czytelnik powinien z wierszem zrobić to, na co ma ochotę i zobaczyć w nim to, co potrzebuje zobaczyć.


- Twoje wiersze doprowadziły Cię do opublikowania Twojego pierwszego tomiku poezji pt. „Iskry”. Na blogu przeczytałam, że moment rozpisania się jest trudny, ale moment publikacji 
jeszcze trudniejszy…


- Tak, te wiersze powstawały przez dwa lata i tworzą taką moją życiową parabolę- od momentów szczęścia poprzez kulminację najbardziej negatywnych emocji, po to, by znowu dojść do chwili pogodzenia, odrodzenia. Mój tomik jest bardzo indywidualny, od początku do końca, bo nie chciałem, żeby ktoś się w to wtrącał. Zająłem się wszystkim w tym efektem wizualnym, wyglądem okładki… chciałem, żeby to wszystko było spójne ze sobą i spójne ze mną. Moment publikacji to początkowo moment euforii, w końcu trzymasz w rękach coś, co stworzyłeś sam od podstaw. A później przychodzi moment, gdy to musi pójść do czytelnika, który może spojrzeć na to zupełnie inaczej. Może tego nie zrozumieć, skrytykować, wyśmiać. Pierwsze egzemplarze trafiły do listy szczególnych 20 osób, którym chciałem je dać. Szczerze mówiąc, myślałem, że na tym się skończy, jednak ludzie byli zaciekawieni i chcieli więcej.

-Czyli nie było powodów do strachu?

-Reakcja ludzi była bardzo zaskakująca. A zarazem ten tomik otworzył ludzi, którzy chcieli o nim rozmawiać, interpretować go na różne sposoby. To była dla mnie największa motywacja, żeby pisać dalej. I moment tej przychylnej reakcji sprawił, że w pewien sposób zostałem ukoronowany, ale to nie dało mi przyzwolenia na odpuszczenie. Nie uznałem, że chcę bazować na „Iskrach”. Uznałem, że udało się, ale następnym razem może się nie udać, trzeba po prostu nie przestawać i próbować.

-A jak wygląda sam proces wydawania tomiku?

- To głównie jest uzależnione od tego, czy decydujemy się na to, by zrobić to sami, czy chcemy powierzyć to osobie, która się ma tym zna, która się tym zajmuje. Ja akurat chciałem, żeby to było całkowicie moje, więc nie wysłałem tego do wydawnictwa, bo bałem się modyfikacji, które może ono narzucić. Zdecydowałem się więc znaleźć drukarnię, która niezależnie wydrukowała „Iskry” na mój koszt i na moją rękę. Tutaj wszystko było uzależnione ode mnie. Musiałem tym wszystkim odpowiednio sterować. Natomiast nie wykluczam tego, że gdyby powstał mój drugi tomik poezji to być może pod szyldem jakiegoś wydawnictwa. Na razie nie mogę opowiedzieć jak wygląda praca z wydawnictwem, bo sam jej nie doświadczyłem.

- Powiedziałeś „jeśli drugi tomik poezji powstanie…”. Czy zmierzasz ku temu, by powstał?
- Pamiętam taki moment, gdy „Iskry” były już właściwie skończone i czekały jedynie na wydruk. Wtedy naszła mnie myśl, że być może przez to się całkowicie spalę, że to już wszystko, co mam do pokazania i że nie będę w stanie pisać dalej. Stało się zupełnie odwrotnie. Byłem z notesem wszędzie, wszędzie widziałem inspiracje. I od tego momentu powstaje bardzo dużo wierszy. Ale nie zastanawiam się nad tym. Póki co realizuję swoją nową wizję, która powstała w mojej głowie po przeczytaniu powieści „Nagi lunch”. Spisałem na maszynie moje utwory przeplatane refleksjami. Póki co to leży, jest, cieszy oko. Co będzie dalej… nie mam pojęcia. Nie chcę doprowadzać się też do ściany, pod którą stoję i czuję presję, że muszę coś zrobić. Póki co tak nie jest i chciałbym, żeby tak zostało.

- Czego życzyć Ci jako młodemu artyście?


- Kiedyś ktoś życzył mi, żebym nie odleciał. I ta piękna metafora wydaje się być najlepszym życzeniem. Żebym miał skrzydła, ale pozostawał cały czas na ziemi, pozostawał ludzki dla ludzi...

sobota, 22 kwietnia 2017

19. o pożegnaniach



Odnoszę wrażenie, że coraz trudniej mi skupić swoje rozchwiane myśli w jedną spójną całość. Coraz częściej uciekam do wyciszenia, tak nagłego i maniakalnego, że trudno mi wyrwać się z tych sideł. Choć przyznam, że czuje się z tym samolubnie dobrze. Może to jest jakaś alternatywa, gdy wszystko zbiera się ku zwieńczeniu, gdy wszystko obraca się wokół przyszłych matur, przyszłości ogólnej i wszelakich późniejszych decyzji. Może właśnie to ten przepełniony spokój pozwala mi wstawać o porankach…

Mimo wszystko nie potrafię oderwać się od tego stanu nawet na ułamek, by przysiąść i skupić się na tym, co chciałbym napisać. Tym niestety sposobem minęło już kilka tygodni. Zdążyła nas zastać upalna wiosna, nudne święta i kwietniowy śnieg. Parabola anomalii pogodowych kołem czasu się toczy. I tak przez palce przelatuje czas i już za kilka dni nastanie dzień pożegnania. Zapewne nie ostatecznego, lecz z pewnością kończy się pewien etap ja-Pani uczeń-Pani-moja dyrekcja.


Z pożegnaniami jest tak, że zawsze prowokują nasze myśli, szarpią za sznurki wspomnień i mieszają wydzielane uczucia, od tych najwspanialszych, zaskakujących, po te wszystkie, które zapomniane nagle dały o sobie przypomnieć. Pożegnania to również czas podsumowań. Jakie były te cztery lata? Jak bardzo się zmieniłem i przede wszystkim dla mnie dwa najważniejsze aspekty: czy jestem lepszą wersją siebie i czy zostawiam za sobą miło wygniecione kroki na moście szkoły średniej. Na część z tych pytań mogę odpowiedzieć, na pozostałe zostaje mi czekać. Wydaje mi się, że rezultat tych czterech lat będzie widoczny może nie tak nagle, lecz za jakiś dłuższy/krótszy czas. Gdy ja zatęsknię za szkołą, odrabianymi lekcjami- a Pani czasem pomyśli o mnie w swoim, przyjaznym dla innych, biurze. Wtedy znowu to poczujemy, prawda?

Dziś mogę odpowiedzieć na jedno z tych pytań. Czasy szkoły średniej ustawiają się na piedestale lat spędzonych w szkole. Z wszelakich stron dobiegają mnie głosy, że to najlepszy czas, najobficiej wspominane lata..etc... Cóż… Muszę i z całą świadomością chcę się zgodzić. Przez wszystkie moje już dwadzieścia wiosenek, tylko cztery z nich ulepiły ze mnie osobę, która czuje się dobrze sama ze sobą, która coraz lepiej czuje się wśród tłumów, jak i samotnych przestrzeni wraz z wypełnionymi naczyniami ciepłej herbaty.
Każda cegiełka wkładana w moją głowę, jak i serce przez te cztery lata umocniła mój z początku rozchwiany szkielet. Każda kula u nogi umięśniła łydkę życiowej wytrwałości, a każda nawet najmniejsza łza przekonała o tym, że śmiech jest najpiękniejszym z darmowych lekarstw na świecie.
Wszystkie długie obfite rozmowy rozświetliły moje spojrzenie na ludzi, jak i cały otaczający nas świat. Każda przygoda- jak np. wyjazdy na konkursy, godziny spędzone na szkolnych warsztatach czy epicki już wyjazd na Maltę- są jak promyki, które czasem roztapiają śnieg, czasem mają trudne zadanie- muszą topić śnieg nawet w kwietniowy poranek…

Przyjaźnie, które kurczowo się zasznurowały między sobą- aż z impetem rozbrzmiewa dzisiejsza myśl pierwszej klasy, gdy byłem outsiderem wobec otaczającego mnie świata. Później było już tylko jak w cytacie:

„Kolejne dni wspominam jak wiosnę. Rodziło się we mnie coś silnego i nowego.”
— Eric Emmanuel Schmitt

Jaka dokładnie była ta moja przemiana, wiedzą osoby, które nadal ze mną wytrzymują, bądź takie jak Pani, które stały się bacznymi obserwatorami dojrzewania i stawiania „pierwszych kroków” jednego z uczniów. Jednak wyobrażam sobie, że najważniejsze- to czuć się dobrze. Z pozoru tylko tyle, a jednak aż tyle. Dobrze ze sobą i dobrze w pewności jak się jest odbieranym przez innych. Niekoniecznie przez wszystkich, tacy zazwyczaj źle kończyli…

W krwiobiegu dudni mi jeszcze jedna refleksja. Jeżeli szkoła średnia ma za zadanie ukształtować nas, młodych ludzi do dalszego już dorosłego życia, to czuję, że zarówno Pani, jak i cały sztab ludzi, który przewinął się przez te lata, może się właśnie uśmiechać. Dlaczego? Bo mimo jakiegoś pierwiastka (motywującego) strachu, czuję się gotów. Nawet więcej. Czuje się wypełniony podekscytowaniem. I na koniec powrócę do początku- ze wspomnieniami tak jest, że miksują naszą pełną gamę uczuć. Ekscytacji towarzyszy strach a radość pokrywa się z dozą melancholii. Pewną aurą niespełnienia, a jednocześnie poczucia, że wziąłem tyle, ile należało zabrać przez te cztery lata. Satysfakcja z poczuciem, że to już kolejny rozdział, który należy zamknąć, a zamykając obficie podziękować. Całą gamą najszczerszych uczuć, podziękować, bo choć to tylko jedno słowo, tylko ono dziś plącze mi się po myślach. Jak bardzo jestem wdzięczny i jak cudownie było (a nawet nadal jest) być elementem tej niepowtarzalnej przygody, jaką jest początek dorosłości.

PS. I, mimo że kocham Nosowską- nie zacytuje- „Dorosłość, jak początek umierania”.

Pozostawię Panią i Was z bardziej optymistycznym akcentem:

„Wszystko będzie, jak być powinno, tak już jest urządzony ten świat.”
— Michaił Bułhakow

Dziękuję Pani E!



M.








W języku polskim brakuje zwrotu, gdy chcielibyśmy się do Kogoś zwrócić oficjalnie i jednocześnie z ogromnym ładunkiem emocji....
Może więc tak:

Mateuszu...

Odpisuję Tobie, ale będę swoimi refleksjami obejmować także wielu Twoich znajomych i moich znajomych...uczniów...wychowanków...absolwentów...

Mówiąc szczerze bardzo nie lubię tego dnia. Od rana jakaś nerwowość, wybiegam z domu zupełnie nieprzygotowana i niepewna, czy wyglądam jakoś przyzwoicie, wyjeżdżam z garażu i dopadają mnie watpliwości, czy zaproszenia wysłane do wszystkich, czy jesteśmy dobrze przygotowani na...pożegnanie Absolwentów. Boże, jak to brzmi, jeszcze przed chwilą na korytarzu wygrażałam Wam za frekwencję a tu....koniec. Irytuje mnie w tym dniu szkoła, pytania od drzwi, nawet ulubiona kawa wyjątkowo nie smakuje. Próbuję się czymś zająć, ale to jakoś też nie wychodzi. Na szczęście zawsze znajdzie się jakaś sprawa, która pochłonie bardziej....ale czas nieubłaganie zbliża nas do spotkania...i w końcu trzeba wyjść, przychodzą pierwsi goście, sala zaczyna pękać w szwach, odświętnie, śmiechy, ale to wszystko jakoś tak....nie tak....Uśmiecham się i przebija się myśl, ej, jest dobrze, dotarliśmy z następnym rocznikiem do szczęśliwego finału...patrzę na Was i wtedy chyba po raz pierwszy widzę jak już jesteście daleko....że już Was nie ma mentalnie z nami...

Potem to wszystko się toczy, przemówienia, wręczenia świadectw ukończenia, przemówienia, podziękowania, oby szybciej...oby szybciej??? O nie...w pewnym momencie już dociera TO do nas wszystkich. Nigdy więcej razem na tej sali...i wtedy najczęściej wstaję, przechodzę ostatni raz między krzesłami i tak się z Wami żegnam....Pewnie, że w oczach łzy, ale i ten uśmiech Mat, o którym napisałeś....Nie zmarnowaliśmy okazji na coś więcej niż tylko nauczanie, było milion okazji do śmiechu, do zabawy, do pokonywania własnych słabości, do motywowania, robienia rzeczy dziwnych i niemożliwych wręcz, do realizacji przedsięwzięć najśmielszych /wybudowaliśmy boiska do siatkówki bez pieniędzy.../, lataliśmy w różne miejsca Europy, wygrywali i przegrywali rywalizację z innymi.... To zostaje...nawet jeżeli daleko do sentymentu, to w naszych nauczycielskich sercach zostajecie...

Nie wiem czy pamiętasz jedną z naszych rozmów, gdy powiedziałam Ci, że to jedna z fajniejszych rzeczy jaka mi się zawodowo przydarzyła spotkać Ciebie i jeszcze o tym, że zmieniłeś nas. Myślę, że staliśmy się bardziej otwarci na inność i różnorodność. Po wydaniu Twoich Iskier pojawiły się Ostatnie sekundy Mikołaja i wiele wiele więcej zdarzeń, pewnie nawet nie o wszystkich wiemy. A wczoraj na pożegnaniu zorganizowanym przez Samorząd usłyszałam tyle pięknych wykonań piosenek uczniów klas pierwszych, aż sobie wzdechnęłam, że wasz rocznik odchodzi, ale zostają następni zdolni. Pewnie już jesteście trochę dla nich legendą...


Nasze rozmowy nauczyły mnie i pewnie jeszcze kilku moich zdolnych kolegów, że najważniejszy w edukacji zawsze jest człowiek, ze swoimi talentami i słabościami. Wcale to niełatwe otworzyć się i poznać, ale kiedy już to się zadzieje- można wiele, wiele więcej niż opisują to eksperci w programach nauczania i wystandaryzowanych efektach uczenia....

Uroczystość kończy się. Wychodzimy z sali. Biegniecie jeszcze na ostatnie spotkanie z wychowawcą, musicie dopełnić formalności- podpis odbioru świadectw ukończenia szkoły....Ukończenia szkoły...

A potem robi się pusto i tego już nie da się znieść.
Posiedzę trochę za biurkiem i posmucę się i pouśmiecham. Zanim wyjdę sprawdzę jeszcze, czy wszystko gotowe do matury... Wrócicie za kilka dni i znów będę z wami przezywać trudność zadań i czekać na wyniki aż do końca czerwca...Zawsze już będzie tak, że wasze sukcesy będą cieszyć, a porażki smucić.

My zostajemy na WP32. Wy idziecie dalej.

Dziękuję za wspólne 1308 dni życia.


E.










niedziela, 2 kwietnia 2017

18. o naszych słabościach

1. Na początek chciałabym zdradzić czytelnikom kilka naszych tajemnic. Otóż zanim powstanie wpis na naszym blogu, sporo rozmawiamy na messengerze. Właściwie czasem są to tylko linki do stron, artykułów, muzyki- podajemy sobie to, co nas zaciekawiło. Często rozmawiamy. Piszesz gdzie jesteś, co fajnego widziałeś, kogo spotkałeś. Wstawiasz mi zdjęcia. Najbardziej lubię, gdy piszesz bo coś Cię mocno zainspirowało, zadziwiło, albo jest po prostu ...piękne. Tak jak dziś- zdjęcie z Twojego "domowego" lasu. Słoik, a w nim ekosystem i...gotowe:) Odpowiadam szybko, w biegu, z czerwonych świateł na drodze, szkolnego korytarza, narady, pomiędzy sobą dyrektorem- i sobą priv. Dziś zastanowiłam się nad tym, jakie to jest niezwykłe w istocie- można rzec- mamy dobry ze sobą kontakt:) W szkole widzimy się w biegu. Dzień dobry i co słychać. Jest tyle spraw....

2. Powiedziałeś mi, że zamknąłeś w swoim życiu okres Mostów. Zrozumiałam dość pobieżnie. Chcę, żebyś o tym opowiedział więcej- to ważne, szczególnie dla wszystkich Twoich młodszych kolegów, którzy są w okresie Mostów- poszukiwania siebie i tej strasznej walki o siebie, z pytaniami: kim jestem naprawdę? kiedy jestem naprawdę? czy jestem samotny, czy jednak mam przyjaciół, którzy są dla mnie ważni, czy miłość musi być niespełniona, czy lepiej poczekać, budować siebie, obserwować i wypatrzeć w tłumie kogoś, kto stanie się ważny...jak uchronić się przed ranami, przed zwątpieniem i przed rozczarowaniem...

3. Cierpisz na brak czasu, tak wiele się dzieje- a tu matura. Powtarzam Ci już chyba do znudzenia: ogranicz wszystko, co Cię rozprasza, skup się na tym co ważne, to tylko 2 miesiące, warto zatem zrobić wszystko, by powalczyć o jak najlepszy wynik na maturze. Odrzucić strach i podejść zadaniowo. Pozarządzać sobą, nawet jeśli masz słabszy dzień, to najważniejsze jest, żebyś usiadł przy biurku i przed sobą wyraził gotowość. A potem jednak otworzył Repetytorium. Bez przekonania- ale jednak przeczytał choć jedną stronę. Zmuszając się- zrobił jedno zadanie. Bez przekonania sprawdził wynik. Jest zły. Z niechęcią zrobił jeszcze raz. I znalazł sam swój błąd. Sprawdził, czy się nie mylisz. Dla sprawdzenia zrobił kolejne zadanie. Sprawdził z ciekawością wynik. Teraz jest dobrze. Uśmiechnął się, to nie jest takie trudne. Rozumiem. Osiągnął ten cudowny stan ROZUMIEM, to nie jest trudne. I dopiero wtedy wstał do innych rzeczy, zasłużyłeś na kanapkę, muzykę czy krótki rzut oka na fejsa:):)

Zarządzanie sobą. Nie myśl, że musisz coś zrobić. Pozarządzaj sobą tak, żebyś tylko usiadł do tego biurka w chwili, którą zaplanowałeś. Nie planuj 10 zadań. Zacznij od tego, żebyś usiadł. Jak wdrożysz- nie pożałujesz.:) Trzeba czasem tę nieokiełzaną materię wziąć w garść. W Twoim przypadku- a jak sądzę także u wielu Twoich koleżanek i kolegów- najważniejsze, by wziąć w garść siebie:) Znam Was, tysiące spraw, problemów, wymówek- byle tylko uciec. Mój największy przeciwnik- Ja sam:)


4. Oczywiście, że jesteśmy słabi. Kto wie, czy to nie jest nasza najpiękniejsza cecha. Wiem, dość przewrotna teoria, szczególnie w czasach zaciśniętej pięści ludzi sukcesu. Ktoś mi podpadł- to go zniszczę. Ktoś mnie wkurzył- wykorzystam władzę nad nim i go dopadnę. Ktoś mnie denerwuje- obsmaruję go na prawo i lewo. Wszystko bez refleksji, bez zadania sobie pytania dlaczego tak czuję, dlaczego tak jest....To prawo pięści jako antidotum na całe zło świata i nasze lepsze samopoczucie. Wiem, wiem, trochę idealizm. Może nawet ratunek- wymówka przed trendem: trzeba być silnym, mocnym i mieć w portfolio same sukcesy....nie udaje mi się, więc opowiadam się za słabościami. Ale znasz mnie i wiesz, że więcej widzę i słyszę niż mówię... Martwi mnie, że wszystko poddajemy manipulacjom, tłumaczeniom, klęska staje się zwycięstwem moralnym, a zmiana naprawą... Jak
komuś przywaliliśmy to wygraliśmy? Jak wyrzuciliśmy to pozbyliśmy się problemu? Naprawdę?

5.  Jesteśmy słabi na tyle, że czasem musimy z czegoś zrezygnować. Z miłości na przykład, jeśli przestajemy w niej być sobą. Z przyjaciół, jeśli czujemy, że myślimy inaczej. Z wartości, jeżeli ich zachowanie przerasta nas.
A potem płaczemy w samotności. I wtedy jesteśmy naprawdę ludźmi, a nie Gombrowiczowską formą....
Skończyłeś 20 lat. Teraz dopiero się zacznie....:):)

E.





Słoneczne dzień dobry.
Zasiadłem pierwszy raz w tym roku w ogrodzie. Łyk ciemnej jak noc kawy. Pogoda sprzyja, mieni się na policzku słońce. Witamina D rozprzestrzenia się po organizmie. Wiosna, za którą chyba nie tylko ja tak kurczowo tęskniłem, przyszła do nas na dobre. „Przecież to, moja ulubiona pora roku” - jak śpiewała Edyta Bartosiewicz, podpisuje się pod tym obiema rękoma, nie ma piękniejszej aury niż wiosna, a Tym którzy ze zwątpieniem spoglądają za okno rada od Przybory - „Nie krytykuj tej wiosny, bo to nasza- pierwsza!”. Pierwsza wiosna dwudziestolatków.

Odpisuje na Pani tekst stosunkowo późno, co mi się nie zdarzało wcześniej, ale tak jak Pani już wspominała- jesteśmy w ciągłym biegu. Pierwsze tak późne pozbieranie myśli, ale maturę za kilka tygodni będę pisał również pierwszy raz i mam nadzieję, że ostatni… Organizacja czasu powinna być przedmiotem obowiązkowym na wszystkich szczeblach edukacji w szkołach. Dlaczego? Bo mamy z tym duży problem, po pierwsze co zrobić- gdy musimy to zrobić, po drugie co zrobić- jak chcemy zrobić coś dla siebie, po trzecie, choć na chwilę spocząć na kanapie z kubkiem herbaty czy kawy i nie robić nic. Czasem wygrywa opcja nr 3 i wszystko przestaje mieć znaczenie. Ten czas jest również potrzebny, jednak nie powinien wygrywać każdego dnia.
Wszystko jednak jest kwestią posegregowania tego w głowie. Tak jak Pani pisała, zaprogramowanie siebie i dobra obsługa to krok ku sukcesowi. À propos sukcesów, po wszystkim czasem boli trochę głowa i chce się spać, ale przecież triumfowanie to część sukcesu. Tak, zapewne wie Pani, że chodzi o zdany egzamin T.15. Dla tych, którym to nic nie mówi, już wyjaśniam. Od wczoraj już oficjalnie jestem technikiem żywienia. Fajne uczucie- coś się udało, lubimy wszyscy, jak się udaje, mimo że poprzedzają to katusze przy książkach i wyrzeczenia w długie weekendy, ale i nad tym można jakoś zapanować. Wszystko to kwestia organizacji owszem, ale ważne są również pełna świadomość i szacunek do czasu. Wykorzystywanie go, by nie przelatywał nam między palcami. Może już się starzeje, ale męczy mnie, gdy zasypiam i myślę, że np. dziś nie zrobiłem niczego ważnego. Oczywiście! Nie zostałem prezydentem, czy nie wymyśliłem czegoś, co zmieni cały świat, ale tu chodzi o takie małe niuanse jak: zrobiłem dziś zdrowy obiad, pokonałem swój rekord dystansu na rolkach, napisałem wiersz, rozwiązałem zadanie z matematyki… Cytując Panią, sami jesteśmy swoimi przeciwnikami. I tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to ile i co zrobimy. Czasem obawiam się, że tego czasu nie ma zbyt wiele. Nikt właściwie nie wie ile go ma, ale wie, że ma dzisiejszy dzień, dlaczego to właśnie dzisiejszy dzień nie może być tym wyjątkowym? Może! Mój już jest- ogród, kawa, plączące się w pierwszym wiosennym słońcu myśli…



To prawda, etap M O S T Ó W uważam za zamknięty. Najprościej można to wytłumaczyć faktem, iż zamknąłem ten czas jakiś spójny ze sobą, cykl wierszy w jedną całość. Trwało to od momentu wydania ISKIER- aż dotąd. Być może kiedyś ujrzy on światło dzienne, jak na razie w Pani ręce trafiła obiegówka, która jest swoistym prologiem do M O S T Ó W, tych ostatecznych.

Jednak zapewne interesuje Panią ta metaforyczna strona zakończenia tego etapu. Zacznę zatem od początku. Gdy wydawałem Iskry, to wydawało mi się, że już wiem kim jestem, że zamykam za sobą przeszłość, że kolokwialnie ujmując, jest dobrze. Owszem było przez jakiś czas, ale jak się żyje przeszłością, to ona jednak wchodzi w codzienność z buciorami. MOSTY to historia ostatnich miesięcy. Zawrócenie, by móc zrobić kilka następnych kroków naprzód. Moje liczne podróże, by odnajdywać, jednak nie ludzi czy zrozumienie, a samego siebie. Odkryć na nowo, zakorzenić się w świadomości i poczuciu, że błędy, pomyłki i chwile słabości były i będą. Że nasze życie to taka parabola nastrojów i wydarzeń, po której brniemy będąc na dole i na górze. Mosty są różne, jak różne są nasze nastroje. Perony, na których wysiadamy również są różne- to zależy od nas. Może to już jakiś przejaw dojrzewania, ale poczułem, że nie chce już być wojownikiem, nie dlatego, że się zmęczyłem, czy poddałem. A dlatego, że ja już nie chce i nie potrzebuje walczyć z samym sobą. Lubę siebie, akceptuje, rozumiem, staram się żywić ciało, umysł i serce- jak najlepszymi produktami, jak miłość, zaufanie i szacunek. Przebrnąłem przez te wszystkie upodlenia i smutne, straszne momenty. Płakałem i przeklinałem wszystko albo milczałem przeraźliwie długo. Zapewne jeszcze nie raz, nie dwa będę lądował na żwirze, zachodząc w głowę: dlaczego? Ale tak już bywa- dobrze i źle.
Cieszę się, że to wszystko, co było, już minęło, ale równie mocno cieszę się, że to przeżyłem. Problemy, rozterki, niespełnienie i rozczarowanie… przeszedłem, a raczej przeczołgałem się wzdłuż tych zmagań. I nie ma przed nimi ucieczki, recepty czy dobrej rady jak tego dokonać, nie ma uchronień przed życiem. Bylibyśmy wtedy jak organizmy, które nie zakosztowały życia, które przeżywają, a nie żyją. Zmienność tego naszego życia jest w pewnym stopniu inspirująca, dziś świeci słońce i kwitnie brzoza, jutro może padać deszcz, a ja od rana będę miał „ból egzystencji”. No cóż, zdarza się i tak. Jesteśmy aż ludźmi, którzy są nieodłącznym elementem tej natury. Zmienia się ona- zmieniamy się my. Tak jak moje włosy, które po dwudziestu latach zapragnęły się kręcić. Trzeba być przygotowanym na życie, tylko pytanie jak? Nauczyć się siebie, pokochać siebie, zaakceptować- dążyć do tego, by ujrzeć i poczuć się sobą. Tak właśnie się czuje- swoją dobrą wersją, nie najlepszą, bo ku ulepszeniom warto iść przez całe życie. Przypomina mi się pewien cytat Johna Flanagam’a „Teraz wiem, że jeśli ktoś czeka, aż będzie gotów- to będzie czekał przez całe życie”. Nie warto czekać, warto zaczynać od dziś, od teraz. Wsiadać w rozpędzone pociągi, wysiadać, odkrywać i przeżywać.

Czytając Pani czwarty podpunkt, przypominam sobie, gdy sam do tego dochodziłem. Na pewnym etapie poczułem, że nienawiść, zawiść i żądza wszelaka niszczy tylko i wyłącznie nas. Zdarza się, że przyjaźń obumrze, z niewiadomych przyczyn wspólna droga zacznie zmierzać ku rozdrożu. Miłość się wypali i pozostawi niedogaszone palenisko w sercu. Czasem relacja przerwie się pod wpływem emocji i to boli, owszem. Jednak po czasie boli nas to, że narasta w nas poczucie nienawiści, i tego, że życzymy innym wszystkiego, co najgorsze. Stajemy się zgorzkniali i „niesmaczni” od środka, rdzewieje nam serce, robimy sobie to sami… Pytanie, tylko po co?

Zawsze to powtarzam, że nie warto upadać tak nisko, by żyć pragnieniem odegrania się, zemszczenia czy nagłej reakcji dania komuś w twarz. To płytkie zachowanie, bez refleksji jak sama Pani wspomniała. To przejaw słabości, nie radzimy sobie ze swoimi uczuciami, nie radzimy sobie w danym momencie- więc dlaczego ktoś, kto nas zranił, ktoś za kim nie przepadamy ma sobie dobrze dawać radę. Nie tędy droga… Nie udało się- trudno. Czas zaleczy rany, a to, co nam pozostaje, a przynajmniej powinno pozostać, to szacunek, że kiedyś ta osoba dzieliła z nami jakiś czas życia. Była ważna- nie zapominajmy o tym. Niestety, w tym ciągłym pędzie zapominamy i zmieniamy się w nie-ludzi, zakładamy Gombrowiczowskie maski i mijamy się jak cienie. Później ma Pani racje, wchodzimy pod kołdrę i płaczemy, bo wszystko jest nie tak. Dopiero wtedy jesteśmy sobą. A przecież wystarczyłoby być sobą każdego dnia, nieudawanym i nieidealnym człowiekiem. 

Siła w ludziach nie jest odzwierciedleniem zaciśniętej pięści, gdybym mógł porównać siłę do czegokolwiek, to byłoby to wybaczenie i zrozumienie. To jest siła, którą możemy zaoferować sobie i dać w darze innym. Jeśli jej nie mamy- wykształćmy ją w sobie. (Czuje się trochę jak stereotypowa miss Word, która chce pokoju na świecie), mam nadzieję, że tak nie brzmię, ale chciałbym, żeby ludzie zaczęli od szacunku do samego siebie a później do innych. Nawet gdy kogoś nie lubimy. Ja też nie lubię niektórych osób, ale czy warto o tym myśleć, niech im spływa z nieba miód- nic mi do tego. Ważne, żeby ta garstka osób, które goszczą w sercu czuły się dobrze z myślą „posiadania” takiego człowieka jak my w swoim życiu. Czasem powinniśmy baczniej obserwować siebie, wsłuchiwać się w swój wewnętrzny głos, odczytywać organizm, czego potrzebuje, czego nie akceptuje, a nie bezustannie wodzić wzrokiem po ludziach wokół nas. Mam teorię, że interesujemy się życiem innych, w momencie, gdy nasze życie przestaje być interesujące dla nas samych. To smutna teoria, choć utwierdza mnie w przekonaniu, że wiodę stosunkowo ciekawe życie, inspirujące- przede wszystkim.

Pragnąłem odnieść się do wszystkich Pani punktów, jednak rozczuliło mnie poczucie, że mamy tak dobry kontakt. Te nasze wymiany inspiracji, czy zdjęć z podróży, do dziś mam w głowie „Czas poetów” ;)



Kończąc, wytłumaczę się jeszcze ze zdjęć, w ucieczce przed urodzinami- odwiedziłem stolicę i Trójmiasto. Zakochane, mroźne molo, słoneczny roześmiany Plac Zbawiciela… a dziś zaskakująco piękny pierwszy dzień kwietnia.

ps. Nasza pełnoletnia publikacja! 

M.