środa, 31 października 2018

25. o akceptacji i codzienności

Mat...

Minęło już sporo czasu od 24 konwersacji. Ze zdziwieniem przekonuję się, że nasze rozmowy są wciąż pamiętane, a nawet niektórzy za nimi tęsknią...tak jak i ja. Nie udało nam się zobaczyć ostatnio, ależ szkoda! Choć rozmawiamy czasem i podglądamy siebie- to jednak chciałam bardzo zobaczyć Cię na żywo jak stajesz w drzwiach gabinetu /nic się nie zmieniło/ i zarazić znów Twoim entuzjazmem do życia! I opowiedzieć Ci co u nas...Ostatnio odwiedziła mnie Nasza przewodnicząca Rady Rodziców Agnieszka P. Nasza Agnieszka! Opowiadała o swoim życiu w Warszawie, o ludziach, których spotyka  w pracy i o przyjaźniach. Pełna radości, życia...podziwiam. Choć jesień już - takie wizyty to zawsze poryw wiatru jak wiosną! Żyje aktywnie- a ja tak się cieszę, że wyrwała się ze świata, który choć był bezpieczny, jednak Jej nie sprzyjał...
To samo we mnie , gdy pomyślę o Tobie i Twoim Krakowie. Jesteś tam już drugi rok, na pewno to miasto stało się już częścią Ciebie, w zapachu, smaku, myśleniu...Jesteś inny, ale ja wciąż chcę wiedzieć jaki...



U nas dzieje się wiele. Za chwilkę grupa Twoich młodszych kolegów wystartuje z niezwykłym projektem #temaTolerancja, wiem, że będą wzbudzać emocje, te dobre i te złe...Chciałabym żeby im się udało, ale też taki czas,  że trzeba Ich chronić... Młode pokolenie zaskakuje, chcą się wypowiadać głośniej niż my, są odważniejsi, chcą dotrzeć z emocjami i wypowiedzieć się, że  nie godzą się  na to, co fundujemy im my, dorośli... Choć wiem też, że spore cięgi zbiorą pewnie i od rówieśników. Mierzenie się z innością jest wciąż trudne...


A ja? Ja jestem coraz bardziej zdezorientowana, zadziwiają mnie zmiany wokół , a najbardziej to, jak łatwo teraz się kłamie w majestacie określonych wizji. Teraz są cele do osiągnięcia, wszyscy chcą zmian, jakbyśmy dotychczas nic nie robili i żyli w bunkrze ciemności...Wygrywa ten, kto głośniej krzyczy. Barykady rosną...niepotrzebnie....

Mat. Nie chcę żebyśmy wierzyli w stereotypy, ale one wydają się takie łatwe i bezpieczne! Szkoła jest nudna, nauczyciele beznadziejni, uczniowie leniwi, rodzice czegoś ciągle chcą, nic nie można z tym zrobić... Nie chcę tak. Dlatego staram się żeby było inaczej, ale i tak potykam się ostatecznie o ludzką złość i słabość Walczę dzielnie:)
Króluje uśmiechnięte selfie i przekonanie, że wszyscy są do kitu, tylko my wiemy najlepiej.  Zakłamani/zalatani. Wrócę do behawiorystów i Gombrowicza. Nie ma ucieczki przed gębą - jak tylko w inną gębę.
Mam nadzieję, że do końca roku zawitasz w nasze równiny. A teraz napisz co u Ciebie.


E.





Dzień dobry! Jakże mi bra­ko­wało tego zwrotu do Pani!

Udało się Pani mnie zła­pać w pociągu, w miej­scu, w któ­rym zwy­kłem pisać i roz­dra­biać swoje myśli na czę­ści pierw­sze. W dro­dze do dru­giego domu, któ­rym stał się już dla mnie Kra­ków. Który zaczął być przy­tul­no­ścią dnia codzien­nego, miej­scem gdzie wszystko jest poukła­dane i bytuje tak jak sobie to zapla­no­wa­łem. Odna­la­złem swoje miej­sce a one mnie przy­tu­liło i poka­zało, że ten sche­mat życia, mimo, że okieł­znany wciąż bywa nie­od­gad­nięty. I tak trwam już drugi rok z dala od bli­skich i rodziny. Plą­cze się pomię­dzy uczel­nią na Grodz­kiej i Gołę­biej, pomię­dzy pracą, która mimo zmę­cze­nia daje rów­nież pro­fity, dzięki któ­rym mogę pozwo­lić sobie na wię­cej. W mię­dzy-cza­sie, gdy tylko taki znajdę, bie­gam do Teatru Nowego, by móc obco­wać ze sztuką i poma­gać innym ludziom, któ­rzy szu­kają swo­jego miej­sca na tej pół­kuli. A, gdy przy­cho­dzi chwila luzu to sta­ram się poma­gać innym- tym, któ­rzy tego naprawdę potrze­bują. I tym spo­so­bem może dzięki jed­nej z wielu cegie­łek uda się wybu­do­wać szkołę i świe­tlicę dla dzie­cia­ków na Mada­ga­ska­rze. Chciał­bym tego bar­dzo, może nie­ko­niecz­nie dla zale­pia­nia dziury w swoim ego, ale dla idei, któ­rej dziś wszę­dzie jest jej brak. Wszy­scy żyją dla sie­bie, nie dla innych, a co im z tego życia? Nic. Obser­wu­jemy życie innych, komen­tu­jemy i nic wię­cej z tym nie robimy. Nie pochy­lamy się nad roz­wią­zy­wa­niem pro­ble­mów, wolimy zamieść je pod dywan, bo tak jest łatwiej. I możemy od sie­bie wyma­gać wię­cej i wię­cej ale w końcu przy­cho­dzi dzień, w któ­rym mamy ser­decz­nie dość, i tak jak śpiewa Kaśka „A ja kurwa mam dosyć”. Owszem mamy dosyć, bo nic co robimy nie ma wizu­al­nego efektu, pra­cu­jemy przy „czę­ściach” tego świata. Roz­cza­ro­wa­nie? Owszem spo­ty­kam się z tym na co dzień, tram­waj jest wypeł­niony twa­rzami, które egzy­stują w codzien­no­ści. Nie prze­ży­wają życia. 

I wtedy nagle w tej ruty­nie poja­wia się moż­li­wość pomocy, cał­ko­wi­cie pro­stej i bła­hej i nagle czu­jesz, że możesz dać z sie­bie ten jeden pro­cent wię­cej, i tym samym pomóc innym, tym któ­rzy bez tej pomocy nie potra­fią funk­cjo­no­wać. 

Zresztą nie muszę Pani tego tłu­ma­czyć, sama Pani wie ile satys­fak­cji zysku­jemy „odda­jąc się” innym, by Ci obok nas mieli lepiej, pro­ściej… by mogli dojść do celu bez poty­ka­nia się o kłody, które życie bez­pod­staw­nie im usy­pało pod butami. O tym świad­czy pro­jek­t\ak­cja, która ma się roz­po­cząć w szkole. Szcze­rzę, puchnę zarówno z zazdro­ści jak i dumy. Z zazdro­ści bo chciał­bym w tym uczest­ni­czyć, nato­miast z dumy – bo wiem jak bar­dzo jest to ważne. O tym się nie mówi, ja przez swoje szkolne życie prze­ży­łem tułaczkę pomię­dzy akcep­ta­cją a nie­to­le­ran­cją. Nie hete­ro­nor­ma­tywna orien­ta­cja jest czymś co wciąż kłębi się w kłę­bach dumy spo­łecz­nego dys­kursu. Wszy­scy wiemy, że ona ist­nieje ale nie chcemy żeby zaista­niała. Para­doks. Poka­żesz spo­łe­czeń­stwu, że jesteś inny- dosta­niesz w twarz. Będą chcieli Cię unor­mo­wać, zre­du­ko­wać byś stał się bar­dziej przy­stępny. Po natłoku bodź­ców nawet sta­rasz się dopa­so­wać, pyta­nie poja­wia się – tylko po co? Otóż żeby prze­żyć, ist­nieć i nie bać się każ­dego następ­nego dnia? Nie zli­czę ile razy usły­sza­łem od innych, że jestem nikim, że jestem „babą”, „peda­łem”, „ciotą” i powi­nie­nem nie żyć.

Ile razy dosta­łem w twarz, ile „śmieci” wylą­do­wało na moim ciele, wyrzu­co­nych z rąk ludzi, któ­rzy twier­dzili, że nie powinno mnie tu być. Prze­moc dosłowna jak i słowna towa­rzy­szyła mi na osi czasu cały czas. Nie byłem sam, wiem o tym. Takich osób jak ja było sporo, tylko wszy­scy oni cho­wali się w sza­fach a ja chcia­łem ist­nieć, chcia­łem być w świe­cie sobą. Dostało mi się za to nie raz, nie dwa…

Dla­tego ta akcja jest bar­dzo ważna, stłam­szeni w kątach szkoły „inni” ucznio­wie pra­gną spo­koju codzien­no­ści. Bez lęku dnia następ­nego.
I tu klę­kają rodziny, szkoły, edu­ka­cja a do tego wszyst­kiego dokłada się kościół. Jak ja i inne osoby możemy uczest­ni­czyć w miej­scu, w któ­rym gło­szą, że takie osoby jak ja i inny powinny być leczone, zmie­nia­ne… że takie osoby to nie­ludz­kie istoty. W to się wie­rzy, to sie­dzi w gło­wie, to tłamsi i gnie­cie w sercu przez całe życie. I mimo, że z insty­tu­cją kościoła jestem od dłuż­szego czasu w sepa­ra­cji to wciąż pamię­tam to echo z ambony, które nawo­ły­wało do nie­na­wi­ści. A chwile poźniej bez­myśl­nie wybrzmie­wał głos, że każ­dego należy sza­no­wać i miło­wać… sic! 


W szkole temat jest zbyt trudny i kon­tro­wer­syjny, wszy­scy chcą go „zała­twić” w cichych miej­scach, by sprawa nie wykieł­ko­wała na forum publicz­nym. Edu­ka­cja sek­su­lana w Pol­sce nie ist­nieje, rodzice nie wie­dzą co robić, gdy dowie­dzą się, że ich syn jest gejem a córka les­bijką. Zna­jomi nie potra­fią poukła­dać sobie w gło­wie, że ich kolega żyje z męż­czy­zną i ślą pyta­nia, kto jest „kobietą” w związku, jak wygląda seks dwóch osób tej samej płci… Nie wiemy o tym nic, i wciąż się tego boimy, uni­kamy tematu bo nas razi i dener­wu­je… bo nie znamy odpo­wie­dzi. 
Mam nadzieje, że to się zmie­nia i zmieni na dobre, że jesz­cze chwila i będę mógł spa­ce­ro­wać z part­ne­rem za rękę, tak jak kobieta może wtu­lać się w ramię swo­jego męż­czy­zny. 
Liczę na to, że tole­ran­cja wybrzmi na Woj­ska Pol­skiego, że utu­czeni codzien­no­ścią tęczowi ludzie będą mogli poin­for­mo­wać – jestem tutaj, tak jak i Ty. 

Dużo emo­cji i dużo retro­spek­cji sku­mu­lo­wało się w tej wypo­wie­dzi, ale czuje, że jest to ważne, gdy widzę jak moi zna­jomi z małych miej­sco­wo­ści ucie­kają do gejow­skich klu­bów, by poczuć się nor­mal­nie, by nie bać się tego, że wzrok na dłuż­szą chwile zawiesi się na oso­bie tej samej płci. Tam nikt nie oce­nia, a oni czują się cho­ciaż przez te kilka godzin sobą. Sam byłem taką osobą, sam ucie­ka­łem do „świata”, który mnie akcep­to­wał. Tylko czy powin­ni­śmy ucie­kać i two­rzyć „getta” na wyłącz­ność? Czy tak wielki dys­kom­fort spra­wia świa­do­mość, że w ławce ze mną sie­dzi gej czy les­bijka? Naj­wi­docz­niej z apro­batą wła­dzy i kościoła więk­szość w to wie­rzy. 

Nie­zmier­nie jest mi przy­kro, że nie udało mi się Pani zła­pać w szkolę, ale myślę, że to kwe­stia czasu i roz­gosz­czę się u Pani na wygod­nym fotelu, popi­ja­jąc kawę i „zara­ża­jąc” natło­kiem infor­ma­cji, aneg­dot i ener­gii. Tak jak zro­biła to Pani Agnieszka, moja inspi­ra­cja deter­mi­ni­zmu i walecz­no­ści. Zaw­sze można coś zmie­nić i nic nie sta­nie na dro­dze, można być sobą, można się reali­zo­wać i nikt nie powie, że jest jakaś gra­nica. Nie ma, można wszystko, można być szczę­śli­wym, uśmiech­nię­tym i speł­nio­nym, mimo prze­szkód, które życie usy­puje nam pod drzwiami domu. Roz­czula mnie to i napawa dumą, że mia­łem oka­zję poznać taką osobę. 

Następna sta­cja, przez mega­fon krzy­czy kon­duk­tor, taki urok podróży. Wra­ca­jąc do Pani A. i do sytu­acji sek­su­al­no­ści to są wła­śnie ste­reo­typy, które bolą najbar­dziej. I tak jak Pani pisze jest to łatwe i przy­stępne, każdy to nawija na swoją taśmę sło­wo­toku. Każdy to powiela, nie zda­jąc sobie sprawy jak wiele istot rani. Jak wiele osób cierpi przez te paskudne okre­śle­nia i prze­ko­na­nia. I mimo chwi­lo­wego bólu, jak mogłoby się zda­wać, tkwi to przez cały czas… czę­sto dopóki, nie zagrze­jemy cie­płej kozetki u psy­cho­loga. Ale wtedy poja­wia się kolejny ste­no­typ- idziesz do psy­chloga? – Jesteś czub­kiem! 

Skoro tak to m.in. ja jestem czub­kiem i to bar­dzo wyra­zi­stym, trudno. Albo ktoś mnie „bie­rze” takim jakim jestem albo zmie­nia adres i szuka kogoś innego z kim chce współ­dzie­lić codzien­ność. I tu możemy ucie­kać, gnać przed sie­bie, szu­kać „ide­al­nego”kom­pana do podróży zwa­nej życiem. Tylko czy nie tra­fimy wtedy na inność? Oczy­wi­ście, że tra­fimy. Gębę zastą­pimy tylko gębą. 

Ps. Zdjęcia dzięki uprzejmości szkolnej grupy fotograficznej "Bliki" która tworzy akcje #stophating (LINK)  
Zdjęcia wykonali: Klaudia Krawczyk, Adrian Ogiela, Kuba Rzepka, Amelia Stasiak, Jakub Zadworny
Pozowały: Weronika Białek, Alicja Kwietniowska, Julia Mikołajczyk, Sylwia SylwantMakijaże wykonał Jakub Urbaniak z Liceum STO w KluczborkuCharakteryzowały i ubierały: Kamila Olborska i Anna StępieńPomocą techniczną służył Michał JarząbSpięła w całość i zaaranżowała Marta Smolnik

oraz kilka moich fotografii z Teatru Nowego w Krakowie 

M. 




wtorek, 26 września 2017

24. O tym jak wszystko wokół się zmienia... w jesień...

Dzień dobry:)

Jakże inaczej jest pisać do Ciebie, gdy nie widzę Cię na szkolnym korytarzu... Pozostają zdjęcia /piękne/ na Instagramie i słowa wyczytane w postach...
Tak, wiem, wszystko dobrze, już w biegu, już w nowym anturażu. Wszystko tak jak chciałeś. Obiecaliśmy sobie jednak pisać...przed nami kolejny rok, inny Mat i dla Ciebie i dla mnie. Nie dziw się więc, że chcę napisać o zmianach. Bez ich rozumienia, bez ich wprowadzania, bez nich ogólnie- tkwilibyśmy w jednym miejscu i choćby nie wiem jak bardzo było ono wygodne- to jednak zostawalibyśmy w tyle... Nasze życie bez tej stałęj-zmiennej byłoby jakby...niepełne :). Ostatnio zaskakują nas pewnie zmiany w Europie i Polsce, ale nawet i do nich musimy jakoś się ustosunkować...

Kto wie, czy to nie jest najważniejsze w zmianach. Czasem, gdy nie ma jak powstrzymać ich, gdy z przerażeniem odkrywamy, że świat, który rozumieliśmy i czuliśmy się w nim dobrze- zaskakuje, nie jest już ani taki przewidywalny, ani miły, pozostaje nam zająć określone stanowisko. Pamiętasz o czym pisałam w poprzednim poście? :)


Kilka lat temu ktoś mi powiedział, że nie warto chyba przejmować się i denerwować rzeczami, na które nie mam wpływu. Warto natomiast koncentrować się na tym, co mogę zmieniać...i robić wszystko, by to było DOBRE. Gdy trzeba- wycofać się, gdy jest się pewnym- przeć naprzód, nie ustępować, nawet, gdy będzie to nas trochę kosztować emocji.  Zmiany czasem nam nie pomagają, przeciwnie- irytują i niepokoją. Wtedy powinniśmy uruchomić cały swój zasób sił, by je unieść i zrozumieć... I czasem trzeba jeszcze umieć do nich przekonywać innych...

Widzisz Mat... skończyłeś szkołę, zmieniło się w Twoim życiu tak wiele...
tak bardzo już tego chciałeś, a gdy się zdarzyło- może troszkę rozczarowało, może zmieniło Cię nagle... proces...
Wierzę, że się podzielisz swoimi doświadczeniami.

Tymczasem wrzesień zbliża nas nieuchronnie do jesieni. Uwielbiam ją....Jest jak dojrzałe wino, ma głęboki smak po całym roku doświadczeń- tych dobrych i tych złych....Wiemy więcej, rozumiemy więcej, czujemy więcej....może nawet chcemy więcej.... Cieszmy się nią....

I te brązy Mat.....


E.




Dobry wieczór. Chyba nie zdaje sobie Pani sprawy jak wielką przyjemność i nieposkromioną satysfakcję sprawia mi czytanie wiadomości od Pani, którą potęguje świadomość, że ja jestem tu a Pani zupełnie gdzie indziej, w miejscu o którym przyznam czasem intensywniej myślę,  miejscu i czasie, który przypomina mi się wraz z całymi pokładami tęsknoty za tym, co minione.

Tęsknota jest dodatkiem do świadomości, że zdarzyło się wszystko to, czego pragnąłem... Mam to, namacalnie i wyobrażalnie, mogę stąpać po świecie, który z marzeń i wyobrażeń stał się codziennością. I mimo, że nie widuję Pani pośród nieznanych twarzy, nie rozpoznaje uśmiechu o poranku i zmęczenia późnym popołudniem, czuję, że gdzieś obok jest Pani duch, symbiotycznie ciekaw tego, co dzieje się w mojej wielkomiejskiej aglomeracji, pośród niepojętej mieszanki kulturowej, pośród tego co oczywiste i całkowicie niepojęte, jak zmiany o, których Pani pisze.


Zawsze powtarzałem, że zmiany są konieczne. Bez nich stalibyśmy w miejscu. Bez jakichkolwiek ruchów niezależnych od nas zapewne sami nigdy, przenigdy nie pokusilibyśmy się o kolejny radykalny ruch. Jednak, gdy zmiany następują zbyt szybko, zbyt intensywnie i za bardzo obok nas, czujemy, że jest coś nie tak. Tylko właściwie co? Prawdą jest, że dominuje ideologia bierności, unikania brania na swoje barki rzeczy i spraw, na które nie mamy wpływu. Wewnętrzna bierność na świat i życie- bo przecież co ja mogę? Jednakże czasem pojawia się życiowa "zgaga", która uniemożliwia codzienne funkcjonowanie. Czasem rozrywa mnie myśl, że siedzę bez ruchu, jak marionetka, jak zużyta kukła w magazynie, która może tylko patrzeć, sęk w tym, że ja nie chce tylko patrzeć! Chcę mówić co myślę i czuję, a tych pokładów stanowych jest tak wiele, że nie warto dusić ich w sobie. Jednak co robić? Wyjść na betonową ulicę i krzyczeć - Nie zgadzam się?! Przecież to oczywiste, że nie zgadzam się ze wszelkimi reformami, którymi świat i kraj atakuje nas zewsząd. Na krakowskich plantach widnieją porozstawiane stanowiska- za i przeciw: aborcji, związków partnerskich, opozycji, koalicji, PiS-owskich rządów... Tego jest tak wiele. Z każdej strony codzienność atakuje nas, żebyśmy dokonali wyboru, stawiając nas w świadomości, że przecież wszystko zależy od nas. Czyżby? Czy tak wiele zależy od nas? Czy jednak to wszytko nie jest tylko niepojętą grą, w której my- prości ludzie- spełniamy rolę pionków? Nie wiem... i te pytania zawsze doprowadzają mnie do wewnętrznej frustracji, bo przecież skoro mamy demokratyczny wybór- ktoś doprowadził do dzisiejszego stanu. 

Ktoś zadecydował, że woli być trzymanym za "pysk" w kolejnych wyborach i krokach, które chce podjąć. Mało tego, tych głosów była większość. Mamy być źli? Nie. To nie ma większego sensu, rzewne płakanie nad rozlanym mlekiem nikogo nie uspokoi. Wzajemnie obwinianie? Czy aby właśnie nie o to chodzi, żeby bliźni bliźniemu był obcy i odpychający? Czasem mam wrażenie, że taki jest cel. W jednej z ostatnich rozmów pokusiłem się o stwierdzenie, że świat zbyt wiele lat miał pobłażliwy stosunek do wszystkiego. Nikt nie pokusił się o mocny plan działania, o strategię, która mogłaby zrewolucjonizować wszystko. Byliśmy w stanie dobroci (powiedzmy), który nijak miał się do zmian. Jednakże ludzie potrzebują dowódcy, potrzebują głosu, który powie "idziemy w prawo" a nie jak zawsze powie "możecie iść gdziekolwiek". Zbyt wielka możliwość wyboru zawsze wiąże się z niepowodzeniem. Dlatego znużeni ludzie wiecznymi swobodnymi wyborami wybierają jednostkę, która mówi im co mogą, a czego nie. Czy dzisiejszego dnia są zadowolenia, dumni sami z siebie? Szczerze mówiąc mam nadzieje, że nie. Zbyt intensywne ingerowanie w nasze życie osłabia nas wszystkich. Dziś pozbawieni tego, co bywało dla nas normalnością zaczynamy wariować. Tłumy wychodzą na jedną ulicę, jednakże ta ulica "murem podzielona"- jedna strona za, druga przeciw. Wielka wojna domowa... A my? Mamy patrzeć z bezpiecznej pozycji, kto pierwszy się podda czy skona na bruku? Nie! Po to mamy głos i silną wolę, żeby mówić wszem i wobec, że miłość nie wyklucza, że sianie jakiejkolwiek propagandy mija się z celem. Że jesteśmy zagubieni i tylko ludźmi, którzy popełniają błędy, których piętno nosimy przez całe życie. Przekupiła "nas" łapówka populizmu, która miała załatwić wszystkie nasze troski. A stała się naszą piętą achillesową, która poróżnia raz po raz... a wystarczyłby racjonalny dodatek, dofinansowanie do pomocy dydaktycznych, które jak wiemy kosztują majątek... Wystarczyłoby swoiste wytłumaczenie i zrozumienie, że miłość jest czymś niepojętym i nie warto mieszać w to religie i politykę. Czy to tak wiele?
Obiecałem sobie, że nie będę pisał o polityce. To tak odległy dla mej duszy temat, tak wiele nie rozumiem, tak wiele nie doczytałem... ale widzę i to mnie boli. Zmiany, których piętno odczuwamy i będziemy odczuwać jeszcze długi czas. Odpowiedzmy sobie czy było warto, oddać się za "bonusy" innym... Miejmy nadzieje, a ja ją mam- jako nieposkromiony marzyciel, że wszystko dzieje się po coś.

Nawet jak ta codzienność rozczarowuje, i dudni wniebogłosy przynosząc dyskomfort, to jest ruch, zmiana część planu, który się realizuje i mimo, że bywa niepobłażliwy , czy właśnie tego nie pragniemy? Kolejnego pułapu, kolejnej głębokiej wody, by wśród refleksyjnej rdzawej jesieni powiedzieć sobie- daliśmy radę!

I nawet jak drzewa zaczną obumierać a chodniki odzieją się w szkarłatne liście, będziemy stąpać. Nadal przed siebie, zastanawiając się co możemy zrobić, czego chcielibyśmy dokonać, ewentualnie znowu załamać się jak pogoda, na ułamek sekundy, na jedno mgnienie oka, przyodziać się w pościele i konać w rytm jesiennych melancholii, przecież jesień nam wszystko usprawiedliwi. Nawet deszczowe wieczory w sadowych drzewach Pani posiadłości i moich wciąż nieznanych brukowych, betonowych krajobrazów.

Z głośników rozbrzmiewa soundtrack "Single Man" w reżyserii Toma Forda. Zimno, bo grzejniki wciąż niesprawne, deszcz kapie ale przecież... "Kraków jeszcze nigdy tak jak dziś"...

M.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

23. nowSierpień


Ciemnością przepełniona duszna, sierpniowa noc. Kłębiaste chmury kłębią się w przemęczonych niebiosach. Na powiekach rysuje się zmęczenie, niedospanie i przepracowanie. 
Zagadkowo. Czas bywa jak senność, upływa nam między codziennościami. Mija sam siebie i mija się wokół nas. Aż trudno, żeby przez gardło przeszło mi stwierdzenie, że tak dawno żadne, nawet najlichsze zdanie, nie wypłynęło spod moich opuszków. Jeszcze nie tak dawno czekałem na Pani odpowiedzi, a dziś mija już tak wiele czasu. Maraton pogoni w rutynie- nieustanny. Czy dotrzymuje jeszcze rytmu? Zapewne tak, staram się biec w swoim tępie… nie jest ono zbyt powszechne. Jednak nie jestem typem sportowca...  Nie sądzę, żeby zadziwiło to kogokolwiek. Jak zwykle w swoim rytmie podążam poprzez życie, tuląc świat takim jakim jest. 

Na szczęście w te głuche sierpniowe noce przychodzi czas na lampkę białego wina, które wgryza się swoją wytrawnością w przełyk. Z głośników sypią się na przestrzeń mieszkania dźwięki „nowOsiecka” i można spokojnie, z przymróżeniem oka, lekko zmęczonym organizmem interpretować sobie „szperando” , „esperando” Osieckiej… Po krakowskich ulicach rozjeżdżają się przedziwne maszyny czyszczące cały bałagan codziennych ulic. 
Ludzie rozproszeni po tym małym świecie, zataczają się w gwarnych rozmowach.
I mimo tych rozbrzmiewających ech, wciąż nasycam się ciszą. Chłonę każdą z nich jak przesuszona gąbka. 

Odkąd moje ciało osiadło w miejscu przepełnionym po brzegi w różnorodności ludzkiej, ten temat dotyka i nastraja mnie na wskroś. Każdy najmniejszy epizod napotkany na ulicy, każda nasłuchana rozmowa mimochodem wwierca się w głowę, każda przejażdżka komunikacją miejska, spływające po twarzach wyrysowane bruzdy doświadczeń. Smutek w oczach a czasem przeładowane uśmiechem kąciki ust, to wszystko prowokuje do raz po raz większej refleksji. Jakim społeczeństwem jesteśmy. Czy istnieje jakieś trafne stwierdzenie, za dziesięć punktów, które rozbije bank zapytajników? Czy wszystkie te sytuacje tak trudne do zdefiniowania, właśnie nas określają, jak bardzo jesteśmy nietypowi w swojej niezastanawiającej się codzienności? 

"Szperando, szperando
czy to nie rym do esperando?"

Pytania na które nie udzielimy sobie odpowiedzi. Może, a raczej z pewnością to i dobrze. Gdybyśmy mieli pozbawić wszystkich mijanych przez nas ludzi ubrań, poczulibyśmy się szaleńczo zawstydzeni i zakłopotani. Gdybyśmy wysnuli między sobą odpowiedzi poczulibyśmy się zbyt niepewnie. Zoralibyśmy swoje głowy, dopóty, dopóki nie znaleźlibyśmy choć małego niuansu by móc się go ponownie zaczepić i znów zadawać pytania. Niepewność i niewiedza jest czymś czego nam brakuje. Gdy wiemy zbyt wiele, stoimy przed lustrem nadzy, w oczach innych jesteśmy nadzy... nikt nie pokusi się o zadawanie pytań, gdy ujrzy wszystko o co mógłby spytać. Taki o to kłopot. Zbyt wiele "nagości" w tak skrępowanym swoimi kompleksami świecie. Oczywiście biorąc pod uwagę, lampkę poruszającego wina, metafor zasłyszanych z dźwięków, radziłbym w tym momencie przymrużyć oko i wrócić się do akapitu raz jeszcze. 


Przytoczona niewiedza i niepewność jest jak podział, którego doświadcza każdy z nas. Poznając nowych i pałaszując dogłębnie ludzi wokół nas. Odkrywamy się z prześcieradeł skromności i nieufności. To od nas zależy kto ujrzy nas tak nienagannie naturalnymi, a komu musi wystarczyć ładne odzienie spowite w kłamstw i niedomówień. Podziałem jesteśmy my. Każda oddychająca istota jest jak przecinek, który sam oddziela swoje dwie strony... "Lewa strona nigdy się nie budzi. 

Prawa strona nigdy nie zasypia".  "Arahja", która wybrzmiewając z ust Nosowskiej na tegorocznym przystanku Woodstock, niesiona tysiącem głosów person, które poczuły, które wzruszone po sam szpik wykrzykiwały metaforykę murów, podziałów i dwóch innych stron. Sprzecznych i niezrozumiałych a jednak, czy te dwie połowy nie tworzą jednej całości? Przecież nasze dwie połowy nawet w lustrze są zupełnie inne... 


Stałem się bacznym obserwatorem społeczności. Czasem stoję sobie w oknie z widokiem na ulicę, która, "[...] murem podzielona. Świeci neonami prawa strona. Lewa strona cała wygaszona. Zza zasłony obserwuję obie strony." Dostrzegam nieschematyczną ilość pytań, bez odpowiedzi. Ci po jednej stronie krzyczą jak bardzo jest im źle, ci drudzy skamlą, że jest im tak dobrze... A ja stoję po środku, interpretując "szperando" i słowa, "Nie widać na mych smutnych włosach śladów twej dłoni niecierpliwej". Oblewa mnie pot tęsknoty i głośna cisza miasta, ludzi i przejeżdżających pociągów, które całą swoją mocą poruszają hukiem posadzki przechodniów.  

Sierpniowe noce upływają, spadają białe gwiazdy na granatowym niebie, jest ich tak wiele jak niedospanych snów, i zadawanych wciąż pytań. Jest ich więcej niż podziałów i wszystkich nam znanych murów... Lecz właśnie one "zabłysną szczęściem mi"


M.





Sierpniowa noc na mojej małej wsi jest cicha i pachnie polem...Witaj Mat:) Już miejski, już zanurzony w krakowskim rozgardiaszu. Czy dobrze odczytałam trochę nostalgii? Troszkę zmęczenia i nasycenia już? To tak inaczej jak ja. Uwielbiam sierpień...



Ileż poezji w Twoim wpisie!! Ileż muzyki... Wykorzystasz Kraków jestem pewna, jego świty, poranki zamglone, dnie zabiegane, wieczory leniwe, noce... To miasto pachnie muzyką, starą książką i przeszłością...bynajmniej jej wyobrażeniem... Nie dziwię się, że pośród wielu miast- wybrałeś Kraków, choć trudniej pewnie Ci tam będzie, dalej od domu, drożej... ale Mat-  to miasto jest jak Twoja skóra, więc kochaj je, choć czasem zmęczy a może nawet zasmuci... pasujesz tam jak kapelusz do Osieckiej:) 





Jakim społeczeństwem jesteśmy? Takim smutnym Mat...takim zawistnym...niezadowolonym...Byłeś na Woodstocku...Wiesz jak smutno było mi słuchać i czytać cały ten hejt anty-Owsiakowy? Dostałam tyle pozdrowień z Woodstocku...radosnych, optymistycznych...A na twiterze czytałam tyle bzdur hejterów... I było mi tak smutno, że w te kłamstwa wierzy tylu ludzi.

 Niezadowolonym społeczeństwem. Nie lubię narzekać ale lepiej powiedzieć sobie prawdę. Tacy jesteśmy, mocno niedoskonali... Smuci mnie to bardzo Mat... 


Sierpień... widziałeś ile gwiazd na niebie? Sierpień i grudzień- najbardziej rozgwieżdżone miesiące... Jak się głowę zadrze do góry i na nie patrzy- nie widać murów. Słychać szept wieczności. Szperando...


Pomimo wszystko, nie warto być na nie. Trzeba być na tak. Kiedyś to TAK nadejdzie...


Jeszcze troszkę poodpoczywam, dobrze?



E.



















niedziela, 4 czerwca 2017

22. nowy rozdział

Kraków hejnał gra tak wita mnie…”



 


16 października 2016 roku. Właśnie kończę swój drugi tekst na naszych fancy konwersacjach. Kolejny raz poruszony wdziękiem Krakowa, małych pięknych uliczek, gwaru zabieganych ludzi, tłumów turystów kipiącego rynku i błysku nieustających fleszy… Tak, jeszcze ponad pół roku temu wracałem właśnie do Krakowa jako do mojego własnego wymarzonego katharsis. By móc odnaleźć samego siebie i spojrzeć w głębię wolności i możliwości. Pakowałem się skrzętnie w pociąg i sunąłem po torach w nieznane. Ponad pół roku temu. Dawno? Mam wrażenie, że było to niemalże wczoraj...


Dziś bliźniaczo, jak w październiku chłonę zachwyt krakowskiego wydźwięku, lecz już zupełnie z innej perspektywy. Chyba można pokusić się o stwierdzenie, że uciekłem tu na dłuższą chwilę. Niezwykły nowy rozdział w przygodzie życia… i ta wolność, o której ostatnio pisaliśmy. To jest właśnie ona. Swobodne, a zarazem kontrolowane chwilowe zagubienie się w ciasnej uliczce w towarzystwie ornamentów. Mijając ciemną nocą w świetle ciepłych latarni kontrabasistę przed monumentalnym kościołem św. Piotra i Pawła. I ten tłum gapiów zachłyśniętych wzruszeniem. Odwracam wzrok w przeciwną stronę, gdzie rozchwiany i rozgrzany tłum wykrzykuje z impetem maksymy…
Ciepła czerwcowa noc, nienagrzane wysokie kamienice i niekończące się refleksje. Czy to jeszcze fikcja? Czy już spełnione marzenie? Długi spacer i spokój... wszechogarniający spokój. Paradoksalne i nieoczywiste, a jednak w tłumie ludzi, krzyków i różnorodności wydarzeń można być spokojnym. Można poczuć się sobą, nikt nie zwróci na Ciebie uwagi. Może przez ułamek widzenia, tylko tyle albo aż tyle. Anonimowość goni nieznane, styka się z ciekawością i brakiem jakiegokolwiek zainteresowania. Kontrast między dotychczasowym życiem i przepełnioną satysfakcją wręcz dziecinną ciekawością, co będzie za moment… co znajduje się za rogiem.


Kilka miesięcy. Niezliczona ilość rozmów i moje nieustanne ochocze podróżowanie. Szybkie pisanie w przedziałach i ciepłych dworcach. Ciągły pęd i wir nieoczywistych zdarzeń, by móc napisać do Pani dziś z miejsca nowego, a jednocześnie tak dopasowanego do mnie. Refleksja goni refleksje… Zaczynając od pierwszej publikacji czas skrzyżował w międzyczasie publikacje mojego pierwszego tomiku… a dziś spoglądając z okna na panoramę Starego Miasta czuję niedowierzanie, a jednocześnie szczęście spowodowane pierwszą publikacją w warszawskiej gazecie Kultura Do Góry Nogami. Czuję, że stykam się przyjaźnie z bardzo dobrym czasem. Czasem, którego trudno nazywać… jest po prostu niesamowicie piękny.

Ślę najcudowniejsze pozdrowienia ze stolicy małopolski, gdzie wybrzmiewa hejnał i całodobowy motłoch w akompaniamencie ulicznej najpiękniejszej sztuki!


PS. Zdjęcia z jednego z wielu spacerów… i mój jeden z wielu ulubionych budynków- Teatr im. Juliusza Słowackiego.




M.



Czytam jak listy z podróży...trochę w stylu retro, list....Dziękuję Ci za pozdrowienia, napisałeś tak cudnie, że przypomniały mi się te krakowskie uliczki...Oj tak...włóczyć się bez celu i bez końca, jaki to piękny atrybut młodości...




No Mat, pierwsze wynajęte mieszkanie:) Wybrane, wymarzone i do utrzymania... Już za chwilkę pochłonie Cię ta masa, uwiedzie wolnością i lampką wina na Kazimierzu. Przygotuj się na kapiącą z kranu wodę i ukryte opcje "dopłaty". Co wybrać? Żarówkę do lampki, koncert czy płyn do mycia naczyń:) Dylematy życia- choć wpisane w fajną atmosferę miejsca z duszą. U mnie płyn do naczyń zawsze przegrywał z wejściówką do teatru, miejsce siedzące...na schodach:) To były czasy...
Mam nadzieje, że i Twoje pokolenie potrafi jeszcze przedłożyć niedogodności nad wszystkie inne zalety bycia kompletnie ponad wszystko. Jakże się dziwię zawsze, gdy na wycieczkach, obozach wszyscy w pierwszej kolejności wpadają do pokojów, sprawdzają wi-fi, wielkość łazienki i od razu zaczynają narzekać....nawet na widok za oknem. Z kim są w pokoju to już mało istotne....I tak sobie myślę, w pokoju spędzą tylko noc, a jakie to najważniejsze, choć za oknem jakieś piękne miasteczko albo cudne widoki...No dobrze, nie będę tutaj pisać o swoich rozczarowaniach pokoleniem, dobrze mnie znasz i wiesz, że zawsze staram się jakoś zrozumieć, a jak nie rozumiem to bynajmniej nie frustruję się dodatkowo niepotrzebnym gadaniem.
O Ciebie jestem spokojna.Wiem, że masz naturę estety i będzie Cię ciągnęło do pięknych miejsc, nie dasz też umknąć ludziom, którzy w tłumie zaskoczyć potrafią innością....
Przysyłaj zdjęcia chwil, pisz, gdy Cię gdziekolwiek i jakkolwiek dopadnie chęć na utrwalenie w słowach, nie daj się czasowi....



Życie jest piękne, prawda Mat?



Bessos
bo mi w głowie Hiszpania już trochę i wakacji chce się tak bardzo....

E.

















czwartek, 25 maja 2017

21. majowa wolność



Na widnokręgu w kroplach zimnej rosy mieni się lustrzanie przebudzone słońce. Zielone jak drzewa żaby kumkają do siebie w takt spokojnej melodii... Szary kot z lekkością panoszy się na płocie. Pachnie purpurą bzu i niewinnością minimalistycznych konwalii. Pachnie majem. Poranek przedwczesny wita mnie wilgotnym dotknięciem na skroni... Żarzy się na nieboskłonie pierwszy promień, pozdrawiając się wdzięcznie z księżycem tej widnej nocy... Ten zapach kwiatów, powolnych fal wiatru, ta aura nietomna i zaspała i miauczący kot i ćwierkające nieustannie ptaki to jest wydźwięk wolności. To jest maj i nieskończenie rozlane morze, na które wystarczy wpłynąć... Oglądam ten niebywały spektakl, wzdycham całą głębią płuc i widzę, że wszyscy już zaraz... pójdą przed siebie... prędko i prędzej... a ja zasnę w spokoju po ciepłej od towarzystwa rozmów nocy z myślą, że to tylko i aż majowa wolność…

Zaczynam bardzo nie tak jakbym chciał zacząć, właściwie to nie sposób wybrać najlepszego rozpoczęcia, ale czy forma przedstawionego maja, wiosny i poranku nie może w swej infantylności i niezwyczajności poruszyć i otworzyć szerzej oczy? Przenieść w inny wymiar, przycumować na konwersacje... raz, dwa, trzy- zaczynam Dzień dobry- tęskniłem! Zacząłem od wolności, zapewne jest Pani całkowicie przekonana jak to uczucie potrafi zaowocować wspaniałym nastrojem, spokojem, a jednocześnie wielką spontanicznością. Euforia i wybuch wszystkich dostępnych w organizmie endorfin. To ten czas: ukończona szkoła, matury... zeszło ciśnienie wszelakie i wraz z zejściem pojawia się przestrzeń niczym łąka, przestrzeń jak biała olbrzymia kartka i jeden długopis, by przysiąść, rozejrzeć się w myślach, skupić nieco i odpowiedzieć sobie- co ja właściwie chcę zrobić z tą wolnością?

W tym momencie nie potrafię użyć słów, a nawet wyobraźnia na tej przestrzeni zdaje się ustępować. Zostało mi bardzo mocno zakorzenione uczucie... Czuje, że moment zwieńczenia, w którym się znajduje, jest sytuacją, którą dużo młodych osób chce mieć już teraz na dłoni, przeskoczyć poszczególne piętra, żeby dostać się na dach i oglądać poranne spektakle zwane życiem. Nie można oszukiwać samego siebie, każde "piętro" jest bardzo ważne, każdy etap, krok, gest jest konieczny a później z każdego z tych drobiazgów złożyć siebie, by teraz czuć z brawurową pewnością- czas na mnie.

Czas upragnionej wolności jest oczywiście przeze mnie obrzydliwie przerysowany...wyimaginowany do granic absurdu, bo przecież jakaż to wolność, gdy nadejdzie czas opłat, papierologii, obowiązków wszelakich i jeszcze większej ilości papierologii. Dorosłość tak potocznie nazywana. Oczywiście może jawić się w najgorszych scenariuszach, ale dlaczego i po co? To uwiązanie, jakim są te wszystkie „dorosłe” sprawki to też wolność. Nasze decyzje, czyny i sytuacja- nieprawdopodobne, bo wszystkie z nich zupełnie inne. Wolność w formie i doborze.




Świat wariuje- krzycząc o wolności, to słowo wzbudza tyle emocji i skrajnych opinii, wysuwanych wniosków, traktatów, podpisów, zakazów, kłótni... nadmuchanej do cna kuli, która tocząc się... miażdżąc wszystkich nas, którzy po prostu... chcą być wolni. A gdy już tę wolność uzyskamy, wyszarpiemy, najczęściej okazuje się, że wolność nas przytłacza. Dlaczego? Bo już wszystko jest zależne od nas i nikomu nie zamieciemy pod wycieraczkę swoich problemów z przekonaniem, że ten ktoś przecież posprząta za nas. Nawet wolności trzeba czuć z ostrożnością i umiejętnie operować nią w każdym następnym dniu... chyba że na pewnym etapie zatęsknieni oddamy swój głos na (właściwie nie na- a komu), komu oddamy swój własny głos... Nieudolność życia w wolności niesie ze sobą bardzo przykre i niesmaczne "odbicie", które pozostawia niesmak na bardzo długo- nie tylko w nas.

A przecież wolność to dzisiejszy dzień, poranny benefis o świcie i anturaż niekończących się planów, marzeń i wszystkich realizacji po drodze. To przecież może (a nawet śmiem twierdzić, że musi!) być takie piękne... Tak imponujące i zachęcające, jak widnokrąg, który obecnie praży się w pomarańczowej rozlanej plamie i żaby rozstawiają się ponownie na łąkach i zaczynają... i noc następna się rozpoczyna i czuć wolność... czuć młodość i dorodny maj.



M. 




Ty w pociągu /WOLNOŚĆ/, ja zasiadam po dniu trudnych spraw na tarasie i odpisuję...Metaforyczna jest ta Twoja chwila teraz, z różnymi planami na swoje życie w starym wagonie możesz na północ i na południe, na wschód albo zachód. Możesz? Magiczne słowo. To, które chyba najbardziej nas w tej dorosłej wolności ogranicza. Och, Mat jak wielu rzeczy jednak nie można! Napisałeś o papierologii, która za chwilę wkradnie się w Twoje wybory i decyzje, a ja dodam jeszcze: czasem będziesz się czuł jakbyś pozornie miał wszystko, a nie mógł nic więcej... Na swojej drodze każdy z nas niestety spotka prędzej czy później Strażnika z "Procesu" Kafki, który- gdy już dokonamy innych wyborów, zamiennych, chwilowych- powie nam ze smutkiem: ta brama była dla Ciebie, tylko Ty mogłeś to zrobić, ale nie zrobiłeś... Wytłumaczę Ci to tak, wyobraź sobie, że teraz ktoś wejdzie do Twojego przydziału i opowie Ci jakaś piękną historię, a Ty w nią uwierzysz i pomyślisz, dlaczego nie? Wysiądziesz z tym człowiekiem, zapomnisz o celu Twej podróży, wytłumaczysz sobie, było za daleko, za długo, nadarzyła mi się okazja, świetna okazja, trudno, zmienię plan, dopasuję marzenie....jestem wolny.... i zawsze już ten cel, do którego nie dotarłeś będzie Ci się śnił, będzie niespełniony, a to tak boli. To własnie pułapka naszego "mogę". 

Po zakończeniu Waszej nauki wciąż jeszcze spotykaliśmy się na korytarzach, niektórzy z Was zaglądali i zaglądają do gabinetu, niby pogadać, a jednak są pytania, wątpliwości. Dostrzegam, że z jednej strony ptaki własnie rozkładają skrzydła do lotu, ale by być prawdziwie wolnymi odważy się niewielu. Na drodze stają jednak oczekiwania rodziny, ich słuszne i mniej słuszne podpowiedzi, dywagacje i racjonalne podstawy /czy zdołam się utrzymać sam, czy warto studiować dziennie, a może dać sobie rok na przemyślenie, popracować, pomyśleć i za rok dopiero podjąć ostateczną decyzję co dalej... Daleka jestem od mentorskiego tonu, by jednoznacznie powiedzieć co powinniście zrobić, które miasto wybrać...a wiesz dlaczego? Bo czasem można się tak pięknie pomylić... to też jest wolność...gdy kilka lat temu ktoś pukał się w głowę i mówił: nauczycielka?- zarzekałam się- tak tylko na chwilę, rok- góra dwa...Pomyliłam się. Zostałam dłużej. Gdy na początku znajomi, którzy poszli inną drogą /miałam nią iść i ja/- opowiadali z radością o tym , jak świetne rzeczy robią zawodowo, rozwijają w korporacjach, biznesach, kupują nowe samochody- nie mogłam czasem długo zasnąć w nocy...Byłam wolna...mogłam jeszcze próbować ich złapać... ale przecież moja klasa jeszcze 2 lata do matury, robię awans, mam kilka fajnych projektów zaplanowanych...jak to zostawić? NIE MOGŁAM. 

Minęło kilkanaście lat...znajomi często mi mówią teraz: masz fajną pracę, gwarantuje Ci kontakt z młodością, żyjesz, to ma jakiś sens, my się trochę pogubiliśmy... kasa to nie wszystko... Nie wiem Mat czy zrobiłam dobrze czy źle. Natomiast umiem dostrzec piękno tych wyborów...tak jak teraz...piszę do 20-letniego człowieka, który wkracza w najcudowniejszy czas swojego życia i na mnie spływa trochę jego flow i niepokój i wszystko to, co nazwałeś "porannym benefisem"...

Mat, poddaj się tej papierologii, wypełniaj rubryki, wnoś opłaty, przytakuj upartym, czasem nawet udawaj naiwnego... wszystko po to, by Twoja wolność znalazła spełnienie na tym kierunku, który chcesz studiować, w tym zawodzie, który będzie Cię pociągał, wreszcie oddaj swój głos temu człowiekowi, który owszem, będzie mówił: jesteś wolny, ale Ty będziesz wiedział, że NIE MOŻESZ bez niego i inaczej... 

Póki będą Cię cieszyły takie poranki jak ten, który mi opisałeś i będziesz to wszystko widział, umiał nimi zachwycać się- jest ok, naprawdę jest ok...



E.




















środa, 10 maja 2017

20. pytania przy winie i książkach

Dzisiejszy post nieco z innej perspektywy. Skrzętnie spisane wypowiedzi dojrzewały przez kilka miesięcy, topniejąc powoli od śniegu i mrozu aż nastała wiosna, która przyniosła ze sobą... resztki mrozu i wilgotnej aury... Przeprowadzony wywiad zwieńczył koniec zimy, rozgrzewaliśmy się pytaniami i smakowaniem grzanego czerwonego wina. 
W anturażu starych książek, siwego dymu i zaszronionych okien... Spotkanie miało posłużyć raczej mojej znajomej- Michalinie, zaliczenie na studiach...Skorzystałem i ja... Kilka pytań i kilka bardziej złożonych odpowiedzi. O czym? o kim? O mnie i o ... 


Michalina Chmielarczyk- „Nadwrażliwość to mój wróg, przerost duszy nad rozumem”- tak śpiewała Nosowska, której obydwoje jesteśmy fanami. Ty zdajesz się być osobą, która też naznaczona jest balastem nadwrażliwości…
Mat Mosiala- To prawda, ja postrzegam to w ten sposób, że w moim krwiobiegu jest wpisana pewna nadinterpretacja świata, ludzi, zdarzeń z domieszką nieco melancholii.



I jak odkrywałeś w sobie tę cechę dostrzegania tego, co dla innych na co dzień jest niedostrzegalne?

- W odkrywaniu tego nie było kluczowego momentu, to narastało stopniowo. Na pewno wpływ na to miało czytanie książek, zaznajamianie się z poezją czy też odkrywanie i poznawanie nowych ludzi, których z początku bardzo się bałem. I dopiero później, gdy już uświadomiłem sobie, że mam w sobie coś takiego, wiedziałem, że muszę to w pewien sposób zaakceptować. I to był pierwszy taki krok, żeby stwierdzić, że jednak to jest taka cecha, którą chciałbym w pewien sposób wystawić na piedestał, żebym mógł z tego czerpać i tak właśnie dziś się dzieje.

- Czyli jednak przyjaciel, nie wróg

- Myślę, że można tak powiedzieć. Daje mi to możliwość wyrażania swojej osoby w słowach, w rozmowach z innymi ludźmi, które bardzo lubię.

- „Nadinterpretacja rzeczywistości” - jak to nazywasz- wydaje się być dobrym fundamentem do pisania. Umiejętność zauważania czegoś więcej jest chyba dobrym pierwiastkiem dla osoby, która tą rzeczywistość chce opisywać.



- Zdecydowanie! Od samych początków pisania traktowałem to jako upust dla wszelakich moich emocji, których nigdy nie uwalniałem z siebie poprzez kłótnie czy trudne rozmowy. Wolałem się zaszyć i spisać skrupulatnie to, co czułem. I czasami były to bardzo negatywne emocje, a czasami zwyczajne, codzienne „problemy”, nawet bardzo infantylne. I to stało się moim sposobem na wyrażenie tego, co mnie dotyka. Pisanie mnie uwalnia.

- Teraz piszesz i blog, i niedawno ukazała się Twoja publikacja. Czy zawsze swoją twórczość kierowałeś do jakiegoś grona odbiorców, czy początkowo była to twórczość „do szuflady”, jakaś forma autoterapii?

-  Początkowo nie chwaliłem się swoją twórczością. Było jedynie niewielkie grono, które wiedziało, że coś piszę. Dopiero z czasem zdecydowałem skierować to do ludzi, ale zupełnie nie licząc na poklask czy tłumy czytelników, zależało mi tylko na tym, żeby pozyskiwać osoby, które myślą i czują tak samo, jak ja. I to chyba największy zaszczyt, który może spotkać kogoś, kto zdecyduje się podzielić swoją twórczością.

- Jednym z owoców Twojego pisania jest blog Fancy Konwersacje. Blog ten prowadzisz w formie dialogu z Panią dyrektor Twojej szkoły. Skąd pomysł na taką formę i skąd pomysł na tak odważny dobór partnera do rozmów?


- Ten pomysł narodził się na Malcie, gdzie byłem na praktykach. Tam spędziłem obfity tydzień z panią dyrektor. Początkowo traktowałem ją przez pryzmat autorytetu, nie wiedziałem jaką osobą może być na gruncie bardziej prywatnym. I ten czas pozwolił nam na wymianę przeróżnych naszych inspiracji. Mogłem opowiedzieć jej o mojej tęsknocie za czasami, kiedy ludzie żyli wolniej, czekali na kontakt z drugim człowiekiem. I zachłyśnięci różnymi tematami uznaliśmy, że wspólnie możemy się od siebie czegoś nauczyć, wymienić poglądy, niezależnie od tego, że dzieli nas zarówno różnica wieku, jak i życiowego doświadczenia. Tak właśnie powstała idea wymiany spostrzeżeń, która przyświeca nam przy tworzeniu Fancy Konwersacji.

- Czy fakt, że prowadzisz blog z pedagogiem, ogranicza w jakiś sposób tematy, które można 

poruszyć?

- Niektórym mogłoby się wydawać i takie uwagi też pojawiają się wśród czytelników. Że to przecież pani Dyrektor, ale okazuje się, że nie ma tematów, na które nie można się zdecydować, jeśli tylko ta druga osoba jest do rozmowy chętna. Co więcej, pani Elżbieta jest osobą bardzo otwartą. Nie ogranicza pracy nauczyciela do nauczania, tylko chce poznawać osoby, które spotyka, które uczy. (Wiem, że niestety nie ma możliwości, aby ten kontakt z innymi uczniami był tak dobry, jak ze mną, ale wydaje mi się, że nasz blog skraca ten dystans również w oczach innych uczniów. I to też jest jeden z celów naszego bloga- pokazanie szkoły, która jest otwarta i która wbrew pozorom może być miejscem, gdzie znajdziesz pomoc, tym samym pokazanie młodym zagubionym ludziom, że ci starsi mogą nam wiele dodać do codzienności.

- Wspomniałeś już o tym, że nie ma tematów, na które nie warto rozmawiać. Ale skąd brać pomysły na tematy, które będą interesujące, które zachęcą czytelnika do lektury?

Powróciłbym tutaj właśnie do kwestii tej mojej nadinterpretacji. Często zdarza się tak, że to jest jedna chwila. Podróż pociągiem, ładny widok. To mogą być ludzie, ich historie, to może być kawa wypita w nietypowej kawiarni. I takie proste sytuacje dają mi właśnie bodziec do pisania. Jeśli natomiast chodzi o tematy na Fancy Konwersacje to najważniejsze jest dla mnie postawienie pytań, na które bardzo chciałbym poznać odpowiedź, jednocześnie nie wymagam pełnej odpowiedzi od kogokolwiek, można to porównać do grzebania w czymś, co już przeświadczone, jest ciekawość, ale jednocześnie jest świadomość, że odpowiedź będzie bardzo nieoczywista. Pragnę zawsze poznać zdanie pani Elżbiety na dany temat… Najgorszy był pierwszy post, bo jednak zgodnie z tytułem bloga zależało nam, żeby to było fancy. Najlepiej jednak zacząć od podstaw, czyli po prostu od rozmowy. Kolejne tematy przychodzą same, weryfikuje je codzienność.

- Czy ważny w prowadzeniu bloga jest odzew czytelników, świadomość, że po drugiej stronie ekranu też ktoś jest? Że czyta, czuje, myśli o tym. Jak zwabić czytelników i zachęcić ich do tego, żeby na chwilę się zatrzymali?

-Odbiór innych jest bardzo ważny. Z jednej strony cieszy, daje satysfakcje, ale z drugiej motywuje. Sprawia, że mamy w świadomości to, że jeśli jeden z postów cieszył się dużą popularnością, kolejny nie może być gorszy. Nie może obniżać poprzeczki. Ale nie można skupić się tylko na czytelnikach, bo to prowadzi do wypalenia, do przykrego poczucia obowiązku pisania, a nie o to w tym chodzi. Myślę, że jeśli ktoś naprawdę chce pisać, to nie powinien skupiać się na frekwencji czytelników. Przed Fancy prowadziłem osobisty blog, który nie cieszył się popularnością, ale zdarzyła się jedna osoba, która zechciała się zatrzymać i dać znać, że też tak postrzega pewną sytuację. I to jest miłe, i to czasami wystarczy.

-Blog to nie tylko teksty. To także oprawa, odpowiedni design, który dziś wydaje się bardzo ważny. Jak wygląda prowadzenie bloga od strony technicznej?
- Skupienie się na takich detalach również jest bardzo istotne. Same teksty rodzą się dość długo, a później muszą jeszcze być poddane odpowiednim poprawkom, nieco dojrzeć. Do tekstu dobieram zawsze fotografie, należy dobrać odpowiedni czcionki, mieć pomysł na format. To również jest bardzo istotne, gdyż efekt wizualny nie pozostaje bez znaczenia. Ostatnim elementem tego procesu jest właśnie głos czytelników. To ich wypowiedzi, komentarze, spostrzeżenia zamykają to wszystko w całość i nadają ostatecznej formy.

-Czy uważasz, że istnieje jakaś recepta na udany blog?
- To zależy. Myślę, że przede wszystkim trzeba się zastanowić czy chcemy pisać blog dla samego pisania, czy ma to być sposób na wypromowanie siebie, zdobycie swego rodzaju poklasku czy sławy. Najważniejsza jest autentyczność. I wtedy nie ma znaczenia temat, jeśli robisz to w zgodzie ze sobą i pozostajesz autentyczny. Ale bardzo ważne są inspiracje. Trzeba ich szukać, np. w innych blogach, ludziach czy twórczościach, czasem tych archaicznych. Wtedy można odnaleźć bardzo owocne pomysły, które mogą pomóc nam się rozwinąć, jeśli będziemy próbowali znaleźć swój styl. O jednoznaczną receptę na udanego bloga raczej trudno, bo gdyby była, to już dawno ktoś by ją opatentował… Ale znam dużo udanych blogów i tam chyba tym czynnikiem jest brak udawania i niesprzedawanie swojej prywatności, a umiejętność pokazania siebie nawet w najmniejszym tekście czy zdjęciu, bazując na tym, co pragniemy pokazać.


- Hmm, autentyczność… A co z reklamą?

- Na pewno, nie bez powodu mówią, że reklama jest dźwignią handlu. Ja jestem zdania, że w tym wypadku najlepszą reklamą jest tzw. poczta pantoflowa. Ktoś przeczyta, poleci znajomym, a ci znajomi jeszcze innym znajomym.

- Wspominałeś też o inspiracjach. Wiemy już, że można ich szukać na innych blogach. Czy gdzieś jeszcze?

- Jakiś rok temu zdecydowałem się nieco odpuścić systematyczne śledzenie blogów na rzecz książek. Sam proces czytania książek, przewracanie kolejnych stron, ich zapach. To na pewno głębsze i bardziej inspirujące niż przeglądanie strony internetowej. Mnie bardzo inspirują także przeróżne podróże. Jest to takie małe porzucenie swojego stałego gruntu. Udajemy się w nieznane, nie wiemy dokąd pójść i skupiamy się na pojedynczych przeżyciach- odnajdujemy jakiś ładny widok, spotykamy innych ludzi, obserwujemy nową kulturę. Styczność z nieznanym jest dla mnie niesamowitą inspiracją.

- Na blogu możemy poczytać teksty pisane prozą, ale są jeszcze wiersze, ale to przecież jest totalny oldschool! Dzisiaj, gdy chcemy odreagować, to idziemy na siłownie, pobiegać, pokrzyczeć na koncercie, a Ty piszesz wiersze…


-To na pewno też jest dla mnie jakiś sposób na odreagowanie. I jest to bardzo intymna chwila. Jestem sam na sam z białą kartką. Moja poezja też jest raczej smutna, melancholijna. To po prostu upust dla emocji, które w pewnym momencie mnie przerastają. I mógłbym to przekuć w kolejny tekst na bloga, ale to jednak nie daje mi kompletnego wyzwolenia. Pisanie wierszy jest zupełnie czymś innym. Ja raczej nigdy nie byłem chłopakiem, który idzie pokopać w piłę. Nie lubię też różnorakiej przemocy i nie chciałbym dawać upustu emocjom poprzez fizyczność. Ja nawet kłócić się nie umiem, więc mój krzyk to moje wiersze.

- Czyli poezja nie musi być naznaczone znakiem przeżytku?


- Często się pojawia taki pogląd, ale w ostatnim czasie sam zauważam, że sporo osób po nią sięga i często to są osoby, które nas codziennie otaczają, ale nie mamy o tym pojęcia, bo ich wiersze skazane są na szufladę. Bardzo fajnym uczuciem jest dostrzeganie, że wokół jest więcej ludzi obdarzonych taką wrażliwością.

-  Twoja poezja jest raczej melancholijna. Czy w Twoich wierszach Ty sam jesteś bohaterem, czy przewidujesz w nich miejsce na odnalezienie się czytelnika?


-Większość wierszy, które napisałem, są bardzo silnie naznaczone moją osobą. To opis sytuacji, które przeżyłem, które poczułem, dotknąłem. Ale jest też część wierszy, gdzie nie ma nakreślonego podmiotu lirycznego. Mogę nim być ja, Ty, ktokolwiek, kto odnalazłby się w takim postrzeganiu świata. Choć nawet te utwory, które powstały z mojej perspektywy nie zamykają czytelnikom możliwości interpretacji ich pod kątem własnej osoby. Poezja nie ma ograniczać, więc czytelnik powinien z wierszem zrobić to, na co ma ochotę i zobaczyć w nim to, co potrzebuje zobaczyć.


- Twoje wiersze doprowadziły Cię do opublikowania Twojego pierwszego tomiku poezji pt. „Iskry”. Na blogu przeczytałam, że moment rozpisania się jest trudny, ale moment publikacji 
jeszcze trudniejszy…


- Tak, te wiersze powstawały przez dwa lata i tworzą taką moją życiową parabolę- od momentów szczęścia poprzez kulminację najbardziej negatywnych emocji, po to, by znowu dojść do chwili pogodzenia, odrodzenia. Mój tomik jest bardzo indywidualny, od początku do końca, bo nie chciałem, żeby ktoś się w to wtrącał. Zająłem się wszystkim w tym efektem wizualnym, wyglądem okładki… chciałem, żeby to wszystko było spójne ze sobą i spójne ze mną. Moment publikacji to początkowo moment euforii, w końcu trzymasz w rękach coś, co stworzyłeś sam od podstaw. A później przychodzi moment, gdy to musi pójść do czytelnika, który może spojrzeć na to zupełnie inaczej. Może tego nie zrozumieć, skrytykować, wyśmiać. Pierwsze egzemplarze trafiły do listy szczególnych 20 osób, którym chciałem je dać. Szczerze mówiąc, myślałem, że na tym się skończy, jednak ludzie byli zaciekawieni i chcieli więcej.

-Czyli nie było powodów do strachu?

-Reakcja ludzi była bardzo zaskakująca. A zarazem ten tomik otworzył ludzi, którzy chcieli o nim rozmawiać, interpretować go na różne sposoby. To była dla mnie największa motywacja, żeby pisać dalej. I moment tej przychylnej reakcji sprawił, że w pewien sposób zostałem ukoronowany, ale to nie dało mi przyzwolenia na odpuszczenie. Nie uznałem, że chcę bazować na „Iskrach”. Uznałem, że udało się, ale następnym razem może się nie udać, trzeba po prostu nie przestawać i próbować.

-A jak wygląda sam proces wydawania tomiku?

- To głównie jest uzależnione od tego, czy decydujemy się na to, by zrobić to sami, czy chcemy powierzyć to osobie, która się ma tym zna, która się tym zajmuje. Ja akurat chciałem, żeby to było całkowicie moje, więc nie wysłałem tego do wydawnictwa, bo bałem się modyfikacji, które może ono narzucić. Zdecydowałem się więc znaleźć drukarnię, która niezależnie wydrukowała „Iskry” na mój koszt i na moją rękę. Tutaj wszystko było uzależnione ode mnie. Musiałem tym wszystkim odpowiednio sterować. Natomiast nie wykluczam tego, że gdyby powstał mój drugi tomik poezji to być może pod szyldem jakiegoś wydawnictwa. Na razie nie mogę opowiedzieć jak wygląda praca z wydawnictwem, bo sam jej nie doświadczyłem.

- Powiedziałeś „jeśli drugi tomik poezji powstanie…”. Czy zmierzasz ku temu, by powstał?
- Pamiętam taki moment, gdy „Iskry” były już właściwie skończone i czekały jedynie na wydruk. Wtedy naszła mnie myśl, że być może przez to się całkowicie spalę, że to już wszystko, co mam do pokazania i że nie będę w stanie pisać dalej. Stało się zupełnie odwrotnie. Byłem z notesem wszędzie, wszędzie widziałem inspiracje. I od tego momentu powstaje bardzo dużo wierszy. Ale nie zastanawiam się nad tym. Póki co realizuję swoją nową wizję, która powstała w mojej głowie po przeczytaniu powieści „Nagi lunch”. Spisałem na maszynie moje utwory przeplatane refleksjami. Póki co to leży, jest, cieszy oko. Co będzie dalej… nie mam pojęcia. Nie chcę doprowadzać się też do ściany, pod którą stoję i czuję presję, że muszę coś zrobić. Póki co tak nie jest i chciałbym, żeby tak zostało.

- Czego życzyć Ci jako młodemu artyście?


- Kiedyś ktoś życzył mi, żebym nie odleciał. I ta piękna metafora wydaje się być najlepszym życzeniem. Żebym miał skrzydła, ale pozostawał cały czas na ziemi, pozostawał ludzki dla ludzi...